Prawda jest taka, drogi @Anana$, że na rynku jest za dużo nauczycieli, więc nie ma się co dziwić, że zmniejszył się na niego popyt. Kiedyś to był jakiś prestiż, zaszczyt i nauczyciele byli szanowani, a teraz nic dziwnego, że tak nie jest, skoro większość to pseudo-magistrzy, którzy uważają się za Bóg wie co. Zero podejścia do uczniów czy pomysłu na przekazywanie wiedzy na lekcjach. Przykłady? Oto i one:
@OgraNee sam potwierdził, że w jego szkole z szacunku do nich trzeba zwracać się per profesor. I wcale to nie jest wyjątek od reguły, bo u mnie było identycznie, co jest absurdalne, żeby do magistra mówić per profesor. Oczywiście tak samo idiotyczne byłoby mówienie "pani magister", ale wystarczyłoby po prostu określać jako "nauczyciel".
Lekcje wychowania fizycznego, najbardziej lubianego "przedmiotu", ale prawda jest taka, że tutaj to dopiero są cyrki. Mamy dwójkę dzieciaków o wzroście podobnym około 1.7m, ale jedno z nich waży 70 kg, a drugie 50 kg. Ten chudszy zmieścił się w czasie na bieg w ciągu tam 30 sekund, a drugi w ciągu 60 sekund. Co robi nauczyciel WF? Idzie na łatwiznę i sprawdza w książeczce, że czas 30 sekund to jest 5, a 60 to jest 2. I co sobie ma wtedy uczeń pomyśleć? Dostał niższą ocenę, bo ma więcej kilogramów? Powinno się takiego ucznia wspomagać i mu dopingować, że na miarę swoich możliwości przebiegł tę cholerną trasę!
W gimnazjum miałem nauczycielkę j.polskiego, która powiedziała nam otwarcie, że to nie był jej wymarzony zawód ( prawdopodobnie to było przy okazji tych śmiesznych ankiet, aby zbadać jaki kierunek możemy w przyszłości podjąć ) i skończyła go przypadkowo. I być może była oczytana, ale co z tego, jak nie potrafiła nas w żaden sposób zachęcić do uczestnictwa na jej lekcjach? Większość przez to zniechęciła się do tego przedmiotu. W szkole średniej zmieniło się to diametralnie, bo dostałem bardzo wymagającą nauczycielkę, gdzie na skutek "niechęci" miałem przez pierwsze parę miesięcy sporo problemów, bo trudno się było do tego dostosować. Nie tylko musieliśmy wchodzić do klasy równo z dzwonkiem ( przez co musieliśmy schodzić z przerwy na 2 minuty przed jej zakończeniem ), nie tylko w czasie zajęć każdy musiał wyrywkowo przedstawić jakieś zdanie, np. co do lektury, nie tylko były dyktanda po rozpoczęciu roku szkolnego ( każdy błąd ocena niżej ), ale także bardzo surowo były oceniane testy ( trzeba było przynosić papier kancelaryjny, bo inaczej pała za nieprzygotowanie ), gdzie większość z nas żeby dostać 3 to musiała się napracować tak jakby dostała 5 w normalnych warunkach. Tak samo w klasie maturalnej co 2 miesiące trzeba było zaliczyć stare epoki, które mieliśmy od początku 1 klasy- dołożyła nam 2 godziny "dodatkowych" zajęć, choć tak naprawdę były obowiązkowe ( za nieprzyjście i brak usprawiedliwienia dana osoba miała nieprzyjemności ). I z perspektywy czasu oceniam to bardzo dobrze, bo pomimo tego, że nie posiadam zdolności humanistycznych tylko ścisłe, to jednak maturę z tego przedmiotu zdałem z bardzo wysokim wynikiem.
I tu masz rację, bo prawda jest taka, że jakość szkolnictwa z roku na rok jest coraz gorsza. Ja tu widzę kilka problemów:
System nauczania zawodził przez wiele, wiele lat, przez co nauczyciele mieli i nadal mają ograniczone możliwości, np. w sposobie prowadzenia lekcji, nauczania czy karania uczniów.
Prawdopodobnie na skutek tego nauczyciele zaczęli uważać się za Bóg wie co, co doprowadziło do znieważania ich przez uczniów.
Roczniki +00 to istny "mordor", który będzie się nasilał i dawał we znaki coraz bardziej nauczycielom, a w szczególności rodzicom.
Nauczyciele nasilili swoje frustracje i dla świętego spokoju odpuszczają dzieciakom i nieraz dają nawet 2 zamiast 1 ze sprawdzianu, żeby się nie tłumaczyć potem na drzwiach otwartych.
I tak te błędne koło się toczy, aż doszło do strajku, który głównie opiera się w mediach na pieniądzach, gdzie nieoficjalnie wiemy o co chodzi. Trochę to wygląda mi tak, jakby wszyscy dostrzegali problemy, ale zamiast o nich rozmawiać otwarcie i je rozwiązać z rządzącymi, to najważniejsze są pieniądze. Bo jak dostaną podwyżki, to chuj z resztą, bo przecież za 4000 PLN będzie można użerać się z gówniakami i chodzić na łatwiznę.
A co do informatyki, to jest prawda, ale niestety większość to ameby umysłowe, które narzekają, że matematyka jest zgrozą, a przecież ten zawód wymaga ścisłego myślenia. @Kurwikłak ma idealny przykład z własnego podwórka, że na studiach informatycznych czy programistycznych przykładowo na 100 osób może z 5-7, no góra 10 ma jakieś własne inicjatywy, bo reszta nie potrafi nawet prostego programu napisać. I znowu za parę lat będzie przesyt informatyków, pensje spadną i cały system szlag jasny trafi.
Tak jest już w dzisiejszych czasach, dlatego tacy nauczyciele powinni odejść do innych zawodów i powinni zostać tylko pasjonaci.
No ale jednak ten miesiąc mają tego wolnego, tak? Poza tym umówmy się, że co to jest za wielka praca przyjść na drzwi otwarte w lipcu i porozmawiać z uczniem, zachęcić go do wybrania tej szkoły? Nie róbmy z tego nie wiadomo co. Tutaj jest inny problem, a mianowicie biurokracja. Tyle, ile trzeba dokumentów tworzyć, wypełniać, spisywać, podpisywać, to dopiero jest szmat czasu Poza tym, prawda jest też taka, że nauczyciel, który ma przepracowane 10 lat to nie będzie z każdym rocznikiem inaczej prowadził lekcje. Ile razy zdarzyło się, że ktoś ze starszej klasy dał ubiegłoroczny sprawdzian z pytaniami, które się powtórzyło kropka w kropkę? Więc wiesz, generalnie rzecz biorąc mam wrażenie, jakby nauczyciele chodzili na łatwiznę i na tej podstawie należałoby im się 4000 PLN netto. To tak nie działa... Moim zdaniem zarobki powinny wyglądać tak:
2000-2500 PLN netto jako podstawa.
Za każdy stopień nauczyciela dodatek do podstawy ( np. I stopień - 500 PLN, II stopień - 1000 PL, III stopień - 2000 PLN ).
Za osiągnięcia danej klasy, np. wysoki poziom matury - 250-500 PLN jednorazowo.
Za osiągnięcia danego ucznia, np. centralny okrąg - 100-300 PLN.
Za wychowawstwo - 250 PLN.
To oczywiście przykład, bo generalnie rzecz biorąc jestem za prywatyzacją szkolnictwa i pensja wtedy byłaby ustalana na wolnym rynku.