Skocz do zawartości
  • Postów

    230
  • Wpisów na chatbox

    12
  • Dołączył

BREN

Premium
  • Ostatnia wizyta

    Teraz online
  • Wygrane

    2
  • Darowizny

    0.00 PLN 

Premium

Użytkownik posiada grupę PREMIUM na naszym forum!

Ostatnia wygrana BREN w dniu 22 Czerwca

Użytkownicy przyznają BREN punkty reputacji!

Pozostałe grupy

Redaktor [CS 1.6] Admin FFA

2 obserwujących

O BREN

Informacje profilowe

  • Imię
    RAFAŁ
  • Płeć
    Mężczyzna

Informacje o fragowiczu

  • Nick na sieci
    BREN
  • Ulubiony serwer
    CS 1.6 - FFA
  • Gram na serwerach
    CS 1.6 - 4FUN
    CS 1.6 - BF2
    CS 1.6 - FFA

Sprzęt fragowicza

  • System
    Linux
  • Fotel
    Prezesa

Kontakt z fragowiczem

Ostatnie wizyty
 1304

Osiągnięcia BREN

  1. Od fałszowania świadectw za drobne do miliardów dolarów za handel kokainą. Jak Pablo Escobar rzucił państwo na kolana. Uwaga! Tekst ten jest przeznaczony dla osób powyżej 18 roku życia, zawiera on drastyczne opisy oraz treści i nie jest przeznaczony dla osób wrażliwych. Pablo Escobar wbrew wszelkim mitom nie urodził się w skrajnej nędzy. Przyszedł na świat 1 grudnia 1949 roku w Rionegro, w rodzinie rolnika i nauczycielki, czyli kolumbijskiej klasie niższej-średniej. To matka wbiła mu do głowy chorobliwą ambicję – powtarzała, że ma być kimś wielkim, a nie kolejnym bezimiennym facetem tyrającym za grosze. Rodzina szybko przeniosła się do Envigado, gdzie dorastanie w cieniu krwawej wojny domowej ostatecznie odciągnęło od niego myśli o legalnej pracy. Zaczął przed osiemnastką na ulicach Medellin. Razem z kuzynem Gustavo Gavirią fałszowali losy na loterię, świadectwa szkolne, a legenda mówi nawet o kradzieży i szlifowaniu starych nagrobków na sprzedaż do Panamy. Escobar po prostu szukał zysku wszędzie, bez żadnych hamulców moralnych. Szybko przeskoczył na przemyt nielegalnego alkoholu i papierosów, przy okazji zaliczając pierwsze lekcje z opłacania lokalnej policji. Przed dwudziestką dowodził już gangiem złodziei samochodów, zyskując na ulicy realny posłuch i poczucie bezkarności. Gdy to przestało mu wystarczać, wszedł w porwania. W 1971 roku jego ludzie uprowadzili i – mimo wypłacenia okupu – zamordowali bogatego przemysłowca, Diego Echavarrię. Ta bezwzględność, paradoksalnie, przyniosła mu uwielbienie lokalnej biedoty nienawidzącej elit. Escobar stał się potężnym graczem, z którym każdy musiał się liczyć. Pablo Escobar Escobar zaangażował się w przemyt trawy i papierosów, jednak był on logistycznym koszmarem. Towar zajmował masę miejsca, łatwo gnił i potwornie śmierdziało nim na punktach kontrolnych. Wszystko zmieniło się w połowie lat 70, kiedy przemytnik Fabio Restrepo wyłożył Escobarowi prostą matematykę: produkcja kokainy kosztuje ułamek tego co marihuana, zajmuje minimum miejsca, a marża w USA przebija wszystko. Pablo szybko przekalkulował zyski i bezwzględnie przejął biznes – Restrepo dostał kulę w głowę, a jego ludzie i gotowa infrastruktura przeszli pod nowe dowództwo. Escobar zaczął masowo sprowadzać bazę kokainową z Peru oraz Ekwadoru i rafinował ją do czystego chlorowodorku w laboratoriach ukrytych głęboko w kolumbijskiej dżungli. W tym samym czasie amerykańskie służby, z raczkującym DEA na czele, kompletnie zaspały. Ich uwaga skupiała się na meksykańskiej marihuanie i heroinie, która zalewała ulice od czasów wojny w Wietnamie. Kokainę traktowano w Waszyngtonie jako niegroźny, luksusowy kaprys elity z Wall Street i Hollywood. Ówczesne raporty medyczne twierdziły nawet, że biały proszek nie uzależnia fizycznie i nie stanowi zagrożenia społecznego. Escobar idealnie wykorzystał tę ślepotę i wszedł w nienasycony rynek z agresywnym monopolem. Zaczynał od dilerów szmuglujących towar w walizkach rejsowych samolotów, ale popyt rósł tak lawinowo, że szybko postawił na logistykę hurtową. Kupował własne awionetki, modernizował statki i opłacał pilotów. Do Medellin zamiast drobnych, zaczęły płynąć setki milionów dolarów, dając kartelowi kapitał, o jakim tradycyjni gangsterzy mogli tylko pomarzyć. Zdjęcie policyjne Pablo Escobara z 1976 roku Walizki z podwójnym dnem szybko stały się wąskim gardłem w procesie przemytu – amerykański rynek potrzebował skali przemysłowej. Wtedy w kartelu pojawił się Carlos Lehder, który wymyślił przerzut towaru flotą awionetek. Kluczem była wyspa Normans Cay na Bahamach, leżąca zaledwie 340 kilometrów od Florydy. Lehder wykupił tam ziemię, zastraszył mieszkańców, opłacił bahamskich urzędników i zamienił rajską wyspę w zmilitaryzowaną bazę przeładunkową z własnym pasem startowym, radarami i hotelami. Samoloty z Kolumbii tankowały na Bahamach, a mniejsze maszyny leciały nisko nad wodą, omijając radary, by zrzucać kokainę na bagnach Florydy lub lądować na prywatnych farmach. Przepustowość skoczyła do kilkunastu ton miesięcznie. Taki przerób wymagał fabryki, a nie leśnych bimbrowni. W głębi dżungli powstała Tranquilandia – gigantyczny kompleks z dziewięcioma zaawansowanymi laboratoriami, własnymi wodociągami, generatorami prądu i sypialniami dla setek robotników. Chemikalia potrzebne do produkcji, jak eter i aceton, sprowadzano legalnie tysiącami galonów z USA i Europy, po czym transportowano do dżungli. Kompleks wypluwał tony czystej kokainy tygodniowo. W tym momencie pieniądze zaczęły płynąć takim strumieniem, że dolary traktowano jak towar gabarytowy. Miliony w studolarówkach pakowano w foliowe worki i zakopywano w ziemi albo upychano w ścianach tajnych kryjówek. Roberto Escobar, który pilnował finansów, zdradził później, że kartel wydawał 2500 dolarów miesięcznie na same gumki recepturki do spinania plików kasy. Co roku około 10% zarobków po prostu spisywano na straty – miliardy dolarów gniły w ziemi z wilgoci albo zżerały je szczury w magazynach. Nikt się tym nie przejmował, bo Escobar kontrolował już blisko 80% globalnego rynku kokainy. Trafił na listę najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes”, stał się potężniejszy niż kolumbijski rząd i właśnie wtedy popełnił największy błąd: uwierzył, że może kupić sobie legalną władzę. Słynne zdjęcie Pablo Escobara przed Białym Domem w Waszyngtonie, zrobione w 1981 roku. Mając więcej pieniędzy niż kolumbijski rząd, Escobar zapragnął immunitetu i legalnego statusu. Celował prosto w prezydenturę. Żeby zdobyć poparcie, zaczął bezczelnie kupować lojalność biedoty w slumsach Medellin. Budował darmowe domy (dzielnica Barrio Pablo Escobar stoi do dziś), szpitale i boiska piłkarskie. Dla porzuconych przez państwo ludzi stał się Robin Hoodem, ale Pablo robił to z czystej kalkulacji – zyskał w ten sposób najtańszą armię informatorów i żywą tarczę. W 1982 roku plan wypalił i Escobar został zastępcą posła do Kongresu. Dostał immunitet, paszport dyplomatyczny i wszedł na salony w Bogocie. Trafił jednak na człowieka, którego nie dało się kupić ani zastraszyć – nowego ministra sprawiedliwości, Rodrigo Larę Bonillę. Polityk publicznie, z trybuny kongresowej, oskarżył Escobara o bycie narkobaronem. Gwoździem do politycznej trumny okazał się artykuł w gazecie „El Espectador”, w którym dziennikarze wykopali jego stare, policyjne zdjęcie z aresztowania w 1976 roku. Na początku 1983 roku Escobar z hukiem wyleciał z parlamentu. Marzenia o legalnej władzy prysły, a upokorzony Pablo postanowił rzucić państwo na kolana za pomocą czystego terroru. 30 kwietnia 1984 roku jego ludzie na motocyklach rozstrzelali w Bogocie limuzynę ministra Lary Bonilli. Ten mord otrząsnął rząd z letargu. Kolumbia sięgnęła po broń, której kartel bał się najbardziej: zgodę na ekstradycję do USA. Perspektywa odsiadki w amerykańskim więzieniu przerażała ich bardziej niż śmierć. Wtedy narodził się front Los Extraditables i ich oficjalne hasło: „Wolimy grób w Kolumbii niż celę w USA”. Jesienią 1985 roku Sąd Najwyższy szykował się do ostatecznego zatwierdzenia ekstradycji, a szafy w gmachu Pałacu Sprawiedliwości w Bogocie pękały od dowodów na bossów z Medellin. Escobar wiedział, że jeśli te papiery znikną, Amerykanie zostaną z niczym. Do tak grubej akcji nie wysłał jednak dzieciaków ze slumsów. Wynajął lewicową partyzantkę M-19, płacąc im dwa miliony dolarów w gotówce. Oficjalnie komuniści mieli wejść tam z politycznymi żądaniami, nieoficjalnie – działać jako brutalna ekipa czyszcząca archiwum. 6 listopada 1985 roku ponad trzydziestu ciężko uzbrojonych bojowników wdarło się do Pałacu, biorąc około 350 zakładników, w tym krajową elitę sędziowską. Rząd odpowiedział bez jakichkolwiek hamulców. Wojsko od razu otoczyło budynek i wjechało czołgami prosto przez główne drzwi. W centrum stolicy wybuchła regularna, dwudniowa bitwa, a gmach stanął w płomieniach. Ogień obrócił w popiół około 6 tysięcy akt spraw kryminalnych – w tym wszystkie kluczowe dokumenty obciążające Escobara. Bilans tego piekła był makabryczny: zginęło ponad sto osób, w tym 11 sędziów Sądu Najwyższego z prezesem na czele. Pablo dostał dokładnie to, za co zapłacił. Udowodnił całemu krajowi, że potrafi wynająć małą armię partyzancką i użyć jej jako prywatnej niszczarki do dokumentów, po czym bezkarnie wrócił do Medellin. Hacienda Nápoles - Dom Escobara. Wojna z państwem szybko zmieniła się w otwartą rzeź, a głównym celem stali się zwykli policjanci. Escobar wprowadził oficjalny cennik: za każdego zabitego gliniarza płacił swoim sicarios – tysiąc dolarów. Dla nastolatków z nizin to była fortuna, więc polowania stały się codziennością. Strzelano do nich w drodze do pracy, zajeżdżano drogę na motocyklach. Zginęło ponad 500 funkcjonariuszy, a strach był tak paraliżujący, że mundury zakładano dopiero po dotarciu na bezpieczny komisariat. Rok 1989 to już było czyste, bezwzględne bestialstwo. Gdy charyzmatyczny kandydat na prezydenta Luis Carlos Galán zapowiedział, że po wyborach wyśle Escobara do USA, Pablo kazał go bezczelnie zastrzelić w sierpniu, na oczach dziesięciotysięcznego tłumu. Niedługo potem poszedł jeszcze dalej. 27 listopada 1989 roku jego ludzie wysadzili w powietrze Boeinga 727 linii Avianca. Escobar był przekonany, że na pokładzie leci César Gaviria, polityczny następca Galána. Bombę ukrytą w magnetofonie dostał nieświadomy niczego chłopak, któremu wmówiono, że ma po prostu włączyć nagrywanie po starcie. Samolot eksplodował w powietrzu, grzebiąc 110 osób. Najgorsze, że Gaviria w ostatniej chwili zmienił plany i w ogóle nie wsiadł do maszyny – masa niewinnych ludzi zginęła przez zwykły błąd informatorów kartelu. Tydzień później pod siedzibą kontrwywiadu DAS w Bogocie wyleciała w powietrze ciężarówka z pół toną dynamitu. Ponad 50 trupów, kilkaset rannych, a centra kolumbijskich miast zaczęły przypominać strefy wojenne przez bomby w galeriach handlowych czy na stacjach benzynowych. Ten potworny terror w końcu przyniósł skutek – państwo pękło. W 1991 roku Kolumbia skapitulowała i uchwaliła nową konstytucję z całkowitym zakazem ekstradycji obywateli do USA. Escobar osiągnął swój główny cel. Zgodził się oddać w ręce policji, ale na warunkach, które były jawną kpiną z wymiaru sprawiedliwości: sam wybudował sobie luksusowe więzienie, w którym miał rzekomo odsiadywać wyrok. La Catedral Więzienie La Catedral w Envigado było jawną kpiną z systemu sprawiedliwości. Z zewnątrz wyglądało jak zwykły zakład karny, ale w środku był to luksusowy kurort i prywatna twierdza. Na mocy układu z rządem Escobar sam wybrał strażników – swoich uzbrojonych po zęby ludzi, a kolumbijska armia mogła stać jedynie z daleka, bez prawa wstępu na teren obiektu. W środku Pablo miał do dyspozycji jacuzzi, łóżka wodne, prywatne kasyno i pełnowymiarowe boisko, na którym mecze towarzyskie grali z nim nawet reprezentanci kraju. Zamiast odsiadywać wyrok, bez przeszkód zarządzał stamtąd kokainowym imperium za pomocą telefonów satelitarnych. Zgubiła go jednak narastająca na odosobnieniu paranoja. Zaczął podejrzewać swoich kluczowych partnerów biznesowych, Fernando Galeano i Gerardo Moncadę, o ukrywanie zysków. W lipcu 1992 roku wezwał ich do La Catedral na „rozmowę” – na miejscu zostali potwornie skatowani, poćwiartowani i spaleni. Gdy ta egzekucja wyszła na jaw, prezydent Cesar Gaviria nakazał natychmiastowe przeniesienie Escobara do prawdziwego wojskowego więzienia. Pablo, ostrzeżony przez wtyczki w ministerstwie, nie czekał na eskortę. Wykorzystał gęstą mgłę, opłaconą awarię prądu i fakt, że kawałek tylnego ogrodzenia zrobiono z gipsu – po prostu rozbił ścianę i uciekł z najbliższymi ludźmi do dżungli. Ta ucieczka była jednak początkiem końca. Likwidując Galeano i Moncadę, Escobar stracił finansowe zaplecze i zraził do siebie resztę kolumbijskiego podziemia. Do polowania na niego ruszył zreorganizowany, elitarny Blok Poszukiwawczy wspierany technologicznie przez DEA i CIA, ale prawdziwym wyrokiem okazała się paramilitarna grupa Los Pepes. Byli to ludzie sfinansowani przez konkurencyjny kartel z Cali, dezerterów z Medellin i rodziny ofiar terroru Pabla. Zastosowali jego własne, brutalne metody: palili jego posiadłości, likwidowali prawników oraz księgowych, a ciała jego sicarios wieszali na ulicach. Dawny miliarder stał się zaszczutą zwierzyną, która co kilka godzin musiała zmieniać nędzne meliny w slumsach, taszcząc ze sobą już tylko radiostację. Śmierć Pablo Escobara Pod koniec 1993 roku z imperium Escobara nie zostało praktycznie nic. Odcięty od finansów ukrywał się w skromnym domu w dzielnicy Los Olivos w Medellin. Zamiast armii sicarios został mu tylko jeden wierny ochroniarz – Alvaro de Jesus Agudelo, znany jako El Limon. Ostateczną zgubą Pabla okazała się słabość do rodziny. Jego żona i dzieci zostali umieszczeni przez rząd w hotelu w Bogocie – oficjalnie dla ochrony, w rzeczywistości jako żywa przynęta. Dzień po swoich 44 urodzinach zaszczuty Escobar pękł z tęsknoty. 2 grudnia 1993 roku popełnił błąd, którego unikał przez kilkanaście lat kariery: zadzwonił do syna i zamiast rwanego komunikatu prowadził długą, kilkuminutową rozmowę. To wystarczyło. Krążący po ulicach Blok Poszukiwawczy, wyposażony w amerykański sprzęt radiolokacyjny, błyskawicznie namierzył sygnał i wskazał dom. Gdy komandosi sforsowali drzwi, Limón zginął na miejscu, próbując osłonić szefa. Otyły, bosy Escobar ruszył do ucieczki przez okno na spadzisty dach. Nie miał szans – policjanci otworzyli ogień z kilku stron. Trafili go trzy razy: w nogę, plecy i ten decydujący strzał, prosto w prawe ucho. Do dziś nie ma pewności, kto pociągnął za spust. Rząd ogłosił sukces swoich ludzi, szeptano o udziale amerykańskiego Delta Force, ale syn Escobara do dziś upiera się, że ojciec zastrzelił się sam, wierny hasłu Los Extraditables. Koniec mitu przypieczętowało jedno, kultowe zdjęcie. Nie ma na nim potężnego Barona, tylko zakrwawiony facet w tanich dżinsach leżący na brudnej dachówce, nad którym szczerzy zęby kilkunastu policjantów podnoszących kciuki w górę jak nad trofeum. Miliardy ukryte w ziemi zgniły, kartel z Medellin rozpadł się w kilka tygodni, a rynek bez sekundy opóźnienia przejął sprytniejszy kartel z Cali. Escobar zmarł w nędzy, a kokainowy biznes toczył się dalej – po prostu zmienili się gracze przy stoliku. Źródła:
  2. Witaj, mam na imię David – i będziesz moją zabawką. Uwaga! Tekst ten jest przeznaczony dla osób powyżej 18 roku życia, zawiera on drastyczne opisy oraz treści i nie jest przeznaczony dla osób wrażliwych. David Parker Ray to postać, która całkowicie rozbija mit o tym, że zło widać na pierwszy rzut oka. W Truth or Consequences, małym miasteczku w stanie Nowy Meksyk znali go jako mechanika, który zawsze pomocnie uśmiechał się znad klucza francuskiego. Nikt nie przypuszczał, że ten poczciwy Dave za domem ma naczepę wartą 100 tysięcy dolarów. Wyposażona była lepiej niż niejeden gabinet chirurgiczny, tyle że służyła wyłącznie do niszczenia ludzi. W poczynaniach Davida nie było chaotycznego działania. To była dokładnie przemyślana sadystyczna historia. Ray nie wziął się znikąd – on się w tym mroku po prostu uformował. Dorastał w Belen, wychowywany przez dziadka oprawcę i ojca alkoholika. Jako dzieciak był klasycznym popychadłem: skrajnie nieśmiały, wiecznie wycofany, co później zrodziło w nim chorą potrzebę absolutnej dominacji. Zamiast relacji z rówieśnikami wybrał podglądanie i pornografię, a szkołę rzucił jeszcze przed maturą. Nawet z armii wyrzucili go po kilku miesiącach, bo jego niestabilność psychiczna była zbyt widoczna dla wojskowych psychiatrów. W dorosłym życiu stał się mistrzem kamuflażu. Pracował dla stanowego departamentu parków, naprawiał maszyny i uchodził za złotą rączkę. To właśnie te techniczne umiejętności pozwoliły mu sfinansować i własnoręcznie zbudować „Toy-Box”. Za dnia był poczciwym sąsiadem z sąsiedztwa, a nocami zmieniał się w arcymistrza zadawania bólu, dla którego człowiek był tylko kolejną zabawką. David Parker Ray Z zewnątrz „Toy Box” nie rzucał się w oczy – ot, zwykła naczepa ciężarówki zaparkowana na tyłach posesji. Jednak w środku dokładnie przemyślany był każdy detal. Centralnym punktem był fotel ginekologiczny wraz z kompletem skórzanych pasów. Ray pod sufitem zamontował lustra, żeby ofiary – najczęściej unieruchomione w wymyślnych pozycjach – nie mogły uciec wzrokiem od własnego upokorzenia. Chciał, żeby widziały wszystko, co się z nimi dzieje, każdą czynność. Ściany natomiast wyłożył izolacją akustyczną, bo wiedział, że krzyki będą nieustannie towarzyszyć jego ofiarom. Na stojakach, w idealnym porządku, wisiały przeróżne narzędzia: skalpele, kleszcze, rozwieraki, a nawet zmodyfikowane instrumenty stomatologiczne. Ray nie chciał zabijać szybko. On chciał zadawać ból. Jego jedynym celem było cierpienie innych. Najbardziej przerażające nie były jednak same narzędzia, a to, jak Ray zarządzał strachem. Każda sesja zaczynała się od rytuału - kiedy kobieta odzyskiwała przytomność po podaniu narkotyków, Ray puszczał jej kilkugodzinną, nagraną wcześniej taśmę magnetofonową. To była gra psychologiczna – chciał, żeby kobieta poddała się mentalnie, zanim jeszcze w ogóle jej dotknął. Na koniec, gdy już kończył zabawę, faszerował kobiety mieszanką silnych leków, które miały wywołać amnezję wsteczną. Liczył na to, że nawet jeśli je wypuści, ich własna pamięć nie pozwoli im nigdy złożyć wiarygodnych zeznań. Przyczepa „Toy Box” Specjalizował się w sadyzmie chirurgicznym, pokochał to. Wykorzystywał własnoręcznie przerobione generatory prądu, by razić ofiary w najbardziej unerwione i wrażliwe miejsca, precyzyjnie dawkując napięcie. Chodziło o to, by ból był maksymalny, ale by ofiara nie straciła przytomności – bo nieprzytomna ofiara nie czuje, a na tym Rayowi zależało najbardziej. W swoich notatkach dokładnie opisywał, jak używał narzędzi chirurgicznych do nacinania i rozszerzania ran, w które potem wprowadzał rożne ciała obce. To nie były rany zadane w afekcie czy amoku, to były precyzyjne cięcia, które miały boleć jak najdłużej. Należy jednak pamiętać, że Ray nie poprzestawał na fizyczności. Prawdziwe piekło zaczynało się, gdy włączał magnetofon. „The Tape” to nagranie, które każda kobieta musiała odsłuchać zaraz po przebudzeniu z narkotycznego snu (Dave używał m.in. skopolaminy, żeby całkowicie odebrać im wolę). Głos Raya na taśmie był przerażająco spokojny i opanowany, zupełnie pozbawiony emocji. Tłumaczył w nim ofierze, że jej życie się skończyło, że jest teraz przedmiotem i musi zwracać się do niego „Sir” lub „Master”. Każda potrzeba fizjologiczna musiała być poprzedzona błaganiem o pozwolenie. To była totalna tresura psychiczna, mająca na celu całkowite złamanie godności i poczucia własnej wartości. Najbardziej odrażającym elementem jego działalności, o którym rzadko pisze się w wygładzonych artykułach, był udział zwierząt. Ray dokumentował na nagraniach wideo, jak zmuszał ofiary do kontaktów seksualnych ze swoimi psami. Robił to z czystego sadyzmu, chcąc doprowadzić do ostatecznej destrukcji kobiety i jej całkowitego upodlenia. Dla niego nie była już istotą ludzką, a jedynie kawałkiem mięsa, na którym testował granice wytrzymałości, zarówno psychicznej jak i fizycznej. David nie działał sam, tortury to był rodzinny sekret. Jego partnerka życiowa, Cindy Hendy, nie tylko wabiła ofiary, ale aktywnie uczestniczyła w niszczeniu ofiar, często wykazując się niemniejszym okrucieństwem niż sam Ray. W sprawę zamieszana była również jego córka, Jesse Ray, która pomagała ojcu w porwaniach. Wyobraźcie sobie tę sytuację – ojciec, córka i kochanka, wspólnie planujący, jak zniszczyć kolejną kobietę w dźwiękoszczelnej przyczepie. To, co w tej współpracy zaskakuje najbardziej, to fakt, że po wszystkim potrafili jak gdyby nigdy nic usiąść razem do kolacji. Podczas gdy kilka metrów dalej, w naczepie, uwięziona kobieta przeżywała swój najgorszy koszmar, oni żyli życiem zwykłej rodziny. Jesse, córka Raya, pomagała wabić kobiety, używając swojego wyglądu i rzekomej bezbronności, by uśpić czujność ofiar. Cindy z kolei była dla niego kimś w rodzaju asystentki – to ona dbała o to, by mechanizm sadyzmu działał bez zgrzytów. Ray był przekonany o swojej niezniszczalności. Dzięki mieszankom narkotyków wywołującym amnezję, wiele z jego ofiar – a szacuje się, że mogło ich być nawet sześćdziesiąt – po prostu znikało na kilka dni, a potem budziło się gdzieś na poboczu drogi z lukami w pamięci i niewytłumaczalnymi bliznami na ciele. David myślał, że działa ponad prawem, wierzył, że dopracował system idealny: ofiary, które przeżyły, same nie wiedziały, co im się stało, a te, które miały mniej szczęścia, kończyły w miejscu o którym nikt do dziś nie wie. Cindy Hendy Jesse Ray David Parker Ray latami żył w przekonaniu, że oszukał system. I przez długi czas rzeczywiście tak było. Jako mechanik naprawiający radiowozy, dosłownie śmiał się w twarz policjantom, którzy nie potrafili połączyć kropek w jedną całość. Jego metoda była brutalnie prosta: wybierał kobiety, którym nikt nie wierzył, a potem za pomocą chemii wymazywał im pamięć. Ofiary budziły się na poboczu z traumą, której nie umiały nazwać, a ich zeznania mundurowi traktowali jako narkotykowy bełkot. System Raya sypnął się tylko dlatego, że Cindy na moment straciła czujność. Cynthia Vigil, kolejna ofiara, po trzech dniach bycia torturowaną, wykorzystała okazję. Wbiła Cindy szydło w szyję i całkowicie naga, w metalowej obroży, uciekła przez pustynię. To wtedy świat dowiedział się o dziennikach Raya, w których opisał on losy kobiet. Kiedy agenci FBI weszli do naczepy, uderzył ich nie tylko widok narzędzi, ale i pedantyczny porządek. Ray wszystko katalogował – zdjęcia, nagrania, daty. Traktował swoje zbrodnie jak dobrze prosperujący warsztat, w którym każda usługa była udokumentowana. Śledczy przez miesiące przekopywali teren wokół jego posesji i dno jeziora Elephant Butte. Sprowadzono specjalistyczny sprzęt, nurków, psy do wykrywania zwłok. I tu pojawia się najmroczniejszy aspekt tej sprawy: mimo setek godzin nagrań i tysięcy stron notatek, policja nigdy nie odnalazła ciał większości domniemanych ofiar. Ray do samego końca grał z nimi w kotka i myszkę. Obiecywał, że wskaże miejsca pochówku w zamian za lepsze warunki, by po chwili wycofać się z zeznań i patrzeć na frustrację prokuratorów. Najbardziej niesprawiedliwe jest to, że David Parker Ray nigdy nie odpowiedział za to tak, jak powinien. Za swoje czyny został skazany na 224 lata, jednak zmarł na zawał po zaledwie dwóch dniach w więzieniu. Zabrał ze sobą tajemnice o tym, gdzie ukrył te wszystkie kobiety, które nie przeżyły sesji w Toy Boxie. Do dziś wierzy się, że dno pobliskiego jeziora Elephant Butte skrywa ich szczątki, a rodziny zaginionych w tamtym okresie kobiet wciąż nie doczekały się odpowiedzi. Ten gość był dowodem na to, że prawdziwy potwór nie musi mieć rogów – wystarczy mu klucz francuski, naczepa za domem i pomysł, jak zniszczyć czyjeś życie. Ray nie był szalonym geniuszem z filmu, był zwykłym, zawistnym człowiekiem, który swoją techniczną sprawność wykorzystał do zbudowania najbardziej przerażającego miejsca w historii USA. Cynthia Vigil Dla tych, którzy chcą poznać więcej brutalnych szczegółów (Źródła):
  3. Mimo bardzo ciężkiego tematu, przyjemnie się czytało, co jest dowodem na to, że artykuł jest świetnie przygotowany i zredagowany. Doceniamy ogrom pracy poświęcony przy wykopaniu tematu, weryfikacji źródeł i napisaniu tekstu. Czekamy na więcej
  4. Gratulacje!
  5. Gratuluję 🎉
  6. Ten HUB to się prezentuje genialnie. Chciałoby się pochwalić robotę i pogratulować, ale nie ma takiej potrzeby. Panowie, Wy wiecie, że jest kozacko wykonany temat 💪 Co do samego HUBA: -funkcjonalny -przejrzysty -nowoczesny -intuicyjny Mogę wymieniać dalej, ale akurat mam zaplanowany wieczór, więc odpuszczę. W ankiecie zaznaczyłem, że nie powinien zastąpić forum jako strony głównej, ale po przemyśleniach jestem skłonny zmienić zdanie. Generalnie dużo większy sens ma strona matka, z odnośnikami w każde inne miejsce na projekcie w tym na forum.
  7. BREN

    Dzień Mężczyzn

    Wiecie dlaczego Dzień Mężczyzn nie jest tak popularny jak dzień Kobiet? Bo jeden dzień to za mało, by świętować dokonania mężczyzn, dlatego tylko niewielki odsetek z nas, facetów się w to bawi.
      • 5
      • Śmiech
      • Ustrzel fraga! (+)
  8. LANIA - przedłużaliśmy mapę de_łestłud pięć razy z nadzieją, że przyjdziesz grać. Nie pojawiłaś się. Niefortunnie w tym czasie wszystkim się przejadła ta mapka w związku z czym zostaje na stałe usunięta z serwera.

    1. LANIA

      LANIA

      Życie jest okrutne i pełne cierpienia. 

  9. Chodzą plotki, że jak GET zakładał Fragujemy, to Morze Martwe było jeszcze chore 🤣🤣🤣 A tak na poważnie, 14 lat w tej konkretnej branży to nie staż, to już epoka geologiczna. W świecie, gdzie technologie żyją krócej niż chomiki, ten projekt stoi niewzruszony jak cyfrowy monolit, Ba! Ten projekt wciąż staje się lepszy! Utrzymanie tego przy życiu przez tyle lat to dowód na żelazną dyscyplinę i masę ciężkiej, najczęściej niewidocznej pracy. Wielki szacunek za stworzenie fundamentu, który po prostu zajebiście działa. Chapeau bas 💪
  10. Świat jest zbyt duży, żeby być małym

    1. LANIA

      LANIA

      Chcesz cos z Maca? Zamawiam burgera

    2. BREN

      BREN

      Z Tobą chętnie zgrzeszę, weź i dla mnie 😁

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Polityka prywatności