-
Postów
1 207 -
Wpisów na chatbox
0 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane
2 -
Darowizny
0.00 PLN
Treść opublikowana przez OgraNee
-
Tak długo na takie coś czekałem, że aż się w końcu doczekam
-
Czerwiec w zasadzie to ostatnie dni- jakieś libacje alkoholowe ze znajomymi Lipiec- pierwszy tydzień wyjazdy rowerami ze znajomymi, a potem praca w sadzie Sierpień- wyjazd nad jezioro i odpoczynek
-
Sunwell to kawał dobrej roboty jak na tamte czasy miło się na nim grało
-
Szanowny użytkowniku, Dziękujemy za przywitanie się razem z nami i zapraszamy do wspólnej zabawy na naszej sieci! [!] Nie zapomnij polubić nas na FaceBooku bądź dołączyć do grupy steam.
-
Prosiłbym, abyś edytował ogłoszenie według tego wzoru.
-
Z niecierpliwością czekam na nowy dodatek do World Of Warcraft: Battle for Azeroth. W tym, siódmym już, rozszerzeniu powracamy do tematyki konfliktu pomiędzy dwiema dominującymi świat gry frakcjami: hordą i przymierzem. W trakcie ostatniego BlizzConu i tuż po nim pisaliśmy szczegółowo o najważniejszych zmianach w grze, jakie przyniesie Battle for Azeroth. W trakcie niedawnego spotkania dla prasy w siedzibie Blizzarda w Kalifornii, Ian Hazzikostas, dyrektor World of Warcraft: Battle for Azeroth, podzielił się ze zgromadzonymi dziennikarzami wcześniej niepublikowanymi informacjami. Hazzikostas pracuje w Blizzardzie od 2008 roku – początkowo zajmował się implementacją mechaniki bossów i raidów, jak również jest twórcą systemu osiągnięć, które wprowadzono w dodatku Wrath of the Lich King i okazały się wielkim sukcesem wśród graczy. Oto garść informacji które zdradził dziennikarzom. Gracze Hordy rozpoczną swoją przygodę w Battle for Azeroth od nietypowego zadania Fabuła gry wymaga od bohaterów Azeroth poszukiwania potężnych sprzymierzeńców, aby uderzyć na wrogą frakcję. Sojuszników, jakich jeszcze w grze nie widzieliśmy. Są to mieszkańcy nieznanych w grze archipelagów. Przymierze szukać będzie pomocy w Kul Tiras – rządzonym przez rodzinę Proudmoore. Horda będzie chciała uzyskać przychylność trolli z Zandalari, jednak w ich przypadku nie będzie to takie łatwe. Przecież gracze byli wrogo nastawieni do trolli z Zandalaru! W związku z tym twórcy gry przygotowali specjalne wprowadzenie – misję, w której będziemy musieli uratować księżniczkę Trolli, Talanji. Battle for Azeroth będzie miał edycję kolekcjonerską. I to jaką! Edycje kolekcjonerskie kolejnych dodatków do World Of Warcraft to coś wartego… no cóż, kolekcjonowania. Zawsze były to pudła wypełnione najróżniejszymi dobrami. Zazwyczaj dostawaliśmy artbook – album z grafikami, dodatkowe płyty z filmami zza kulis tworzenia gry, czasami mapę czy talię kart, podkładkę pod myszkę. Wszystko to zapakowane w ten sposób, by pasowało do pozostałych i ozdabiało naszą półkę. Tym razem będzie podobnie. Oprócz płyty z filmem o tworzeniu gry i płyty ze ścieżką dźwiękową otrzymamy dwie kolekcjonerskich ciekawostki: Pierwsza, to dwie minipowieści wprowadzające w grę. Oprawione w twarde okładki, pokażą nam genezę Bitwy o Azeroth z punktu widzenia obu frakcji. Każda z nich będzie miała unikalną, związaną z estetyką Hordy i Przymierza, okładkę. Drugi z niespotykanych dotąd w dodatkach kolekcjonerskich prezentów to medalion zwany Znakiem Lojalności – ma on dwie strony, podobnie jak okładki powieści nawiązuje symboliką do Hordy i Przymierza. Może służyć jako ozdoba biurka lub przycisk do papieru. Duże zmiany czekają PVP – Player vs Player Gracze, którzy lubią walczyć z innymi, doświadczą wielu zmian wraz z nadejściem premiery nowego dodatku. Będą one dotyczyć wszystkich, nie tylko tych, którzy kupią nowe rozszerzenie. Najważniejszą zmianą będzie koniec z serwerami PvE oraz PvP. Odtąd, każdy gracz odwiedzając stolicę swojej frakcji będzie miał możliwość włączenia tzw. War Mode, czyli po prostu trybu PvP, dzięki któremu pozostając na tym samym serwerze, wejdzie w interakcję jedynie z graczami w tym samym trybie. Tym sposobem problemy, z jakimi stykali się dotąd gracze (moja postać jest na serwerze PvE, a moi znajomi na serwerze PvP) zostanie rozwiązany. Gracze z włączonym trybem PvP będą narażeni na utrudnienia np. w wykonywaniu misji, w trakcie rozwijania postaci. W każdej chwili będą musieli rozglądać się, czy ktoś nie chce ich zaatakować. – Średnio więc – stwierdził Ian Hazzikostas w trakcie prezentacji – wykonanie zadania zajmie im więcej czasu. W związku z tym będą nagrodzeni. Otrzymają trochę większą liczbę punktów doświadczenia, waluty w grze oraz azerytu tak, aby wyrównać średnią wydajność postaci w obu trybach w grze. Znamy dokładną datę premiery Battle for Azeroth! Najważniejsze zostawiłem na koniec! W trakcie spotkania w campusie Blizzarda pokazano również trailer, zdradzający datę premiery. Battle for Azeroth zadebiutuje 14 sierpnia 2018 roku! Innymi słowy za trochę ponad 4 miesiące, cała zawartość nowego dodatku wraz z możliwością rozwijania postaci do 120 poziomu oraz odwiedzania nowych kontynentów, zostanie odblokowana dla wszystkich posiadaczy rozszerzenia. /Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/04/battle-azeroth-edycja-kolekcjonerska-data-premiery.html
-
„Smartfon dla graczy“ wyrasta na jeden z najmodniejszych związków frazeologicznych 2018 roku. Najpierw swój telefon dedykowany mobilnej rozgrywce pokazał Razer. Teraz tą samą drogą podąża Xiaomi. Jeżeli obie firmy myślą, że wystarczy podkręcić specyfikację, aby smartfon był „dla graczy“, to są w ciemnym lesie. Bez pochodni. Z goblinami na plecach. Razer Phone jest bardzo ciekawym smartfonem, ale testując to urządzenie nie wyczułem gamingowego DNA pod obudową. Są sprzęty, które bierzesz do ręki i od razu wiesz: oho, to coś nadaje się do gier. Do wszystkiego innego będzie kiepskie, ale do gier idealne. Z Razer Phone’em tak nie miałem. Telefon to multimedialna bestia, ale o wiele chętniej wolałbym na nim oglądać serial Netfliksa niż spędzać kilka godzin na rozgrywce. Właśnie tutaj leży problem tak zwanych „gamingowych smartfonów“ – one dla graczy są głównie z nazwy. Razer Phone posiada kilka ciekawych patentów. Jak na przykład wysokiej jakości głośniki umieszczone w takich miejscach, aby użytkownik nie zasłaniał ich palcami podczas rozgrywki w trybie horyzontalnym. Albo dynamiczne odświeżanie ekranu z częstotliwością do 120 Hz, które wciąż jest egzotyką na urządzeniach mobilnych. To jednak tylko dodatki. W ogólnym rozrachunku Razer Phone to smartfon jak smartfon. Po prostu z mocniejszymi bebechami. Ot, cała filozofia. Już za rok podzespoły Razera nie będą tak mocne. Przy tak galopującym rozwoju urządzeń mobilnych w 2019 roku Razer Phone stanie się przedstawicielem średniej półki. Musimy sobie zdać sprawę, że wydajny procesor Qualcomma nie definiuje, czy coś jest świetne dla gracza. Ważniejsze są długofalowe rozwiązania, takie jak ekosystem, tytuły na wyłączność, katalog gier czy autorskie sposoby sterowania. Mieliśmy w historii kilka naprawdę ciekawych telefonów dla graczy. Najlepszymi przykładami są modele nazywane przez niektórych konsolofonami – Nokia N-Gage oraz Sony Xperia Play. Do teraz pamiętam ekscytację związaną z komórką Nokii. Trzymając ją w dłoni byłem w samym centrum uwagi. Każdy chciał pograć w Tony’ego Hawka, chociaż przez chwilkę. Dzieciaki dosłownie oferowały mi swoje drobniaki, żeby spędzić kilka minut z tym urządzeniem. Pal licho, że pionowy ekran kompletnie nie nadawał się do gry. Pal licho, że wymiana kartridża była możliwa wyłącznie po wyjęciu akumulatora (!). Przygoda była niesamowita. Nokia N-Gage była wyjątkowa. Może nawet za bardzo, bo sprzedała się w zaledwie 3 mln egzemplarzy. Na pewno w dużej mierze miała na to wpływ wysoka cena, a także idiotyczne decyzje projektowe. Xperia Play nie była już tak egzotycznym telefonem. Wczesny Android, solidna i popularna marka Sony Ericsson, do tego PlayStation Portable z fizycznymi przyciskami – wydawało się, że Japończycy mają sposób na murowany hit. Zwłaszcza że Sony mamiło graczy ofertą z pierwszego PlayStation. Klasyki w stylu Crash Bandicoot czy Resident Evil w każdym pociągu i autobusie? W 2011 roku trudno było maskować podekscytowanie. Potem coś poszło bardzo, bardzo nie tak. Xperia Play została ubita głupimi decyzjami Sony, które zaczęło wycofywać się z kompatybilności PSX. Zamiast tego Japończycy forsowali własne gry mobilne, które były… jakie były. Czarę goryczy przelał brak aktualizacji do Androida 4.0.0, która wcześniej została klientom „obiecana“. Xperia Play bardzo szybko przestała być jednym z najpotężniejszych smartfonów na rynku, a kolekcja gier nie wynagradzała powiększającego się dystansu względem konkurencji. Konsolofony nie wypaliły ekonomicznie, ale były JAKIEŚ. Teraz wsadza się najdroższy procesor i już mamy „telefon gracza“. Co z fizycznymi przyciskami? Co z dedykowanym kontrolerem? Co z możliwością zrzutu obrazu na TV? Dla wielu to fundamentalne kwestie, z którymi doskonale poradziło sobie na przykład Nintendo. Ich najnowszy handheld sprzedaje się bardzo dobrze, pomimo tego, że nie jest najpotężniejszą bestią na rynku. Sprzedaż Switcha to wypadkowa katalogu na wyłączność, unikalnych możliwości i całkowitej koncentracji na grach wideo. Wsadzenie drogiego i potężnego procesora to żadne rozwiązanie. Do Candy Crash Saga nie potrzeba Snapdragona 845. Za rok z okładem taki „gamingowy” sprzęt będzie już przestarzały. Właśnie dlatego każda firma, która poważnie myśli o smartfonie dla graczy, musi odrzucić coroczny cykl produkcji. Konieczne jest stworzenie urządzenia, które będzie ciekawe i atrakcyjne za dwa, trzy, nawet cztery lata do przodu . W przeciwnym razie potężny smartfon dla graczy zmieni się w nie mniej potężny przycisk do papieru. Niestety, niepotwierdzone przecieki o gamingowym Xiaomi nie zwiastują niczego przełomowego. Chińczycy najprawdopodobniej idą drogą Razera, stawiając na potężne podzespoły i niewiele więcej. Xiaomi zaoferuje trzy wersje urządzenia: z 6 GB RAM i 128 GB przestrzeni, z 8 GB RAM i 128 GB oraz 8 GB RAM i 256 GB. Każde z nich będzie działać w oparciu o potężny procesor Qualcomm Snapdragon 845, który umożliwia ładowanie akumulatora wsparte standardem Qualcomm’s Quick Charge 3.0. Po wyjęciu z pudełka taki smartfon od razu będzie działał pod Androidem 8.0.0. Nie wiadomo za to, czy zaoferuje wyższą częstotliwość odświeżania ekranu. Za Razerem i Xiaomi już ustawia się wianuszek innych producentów. Możecie być pewni, że termin „smartfon dla graczy“ przeczytacie w 2018 roku jeszcze przynajmniej kilkunastokrotnie. Szkoda tylko, że większość propozycji skierowanych do miłośników gier wideo będzie oparta wyłącznie na turbo-doładowanej pamięci i potężnym procesorze. Wciąż nikt nie stworzył naprawdę dobrze przemyślanego konsolofonu, a to właśnie na tym polu producenci sprzętu mają gigantyczne pole do popisu. /źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/04/xiaomi-smartfon-dla-graczy.html
-
Apple (z odpowiednim dla siebie opóźnieniem) odkrył już duże ekrany w smartfonach, małe ramki wokół nich, płatności mobilne i bezprzewodowe ładowanie. Do skopiowania ze smartfonów z Androidem została już chyba tylko funkcja Dual SIM. Kilkanaście lat temu, gdy pracowałem u jednego z największych operatorów komórkowych w Polsce, często pojawiały się pytania o dostępność telefonów Dual SIM. Klienci pytali sprzedawców, sprzedawcy pytali kierowników, kierownicy pytali koordynatorów, koordynatorzy pytali dyrektorów… odpowiedź była zawsze przecząca. Pamiętam, jak kiedyś jeden z wyżej postawionych pracowników zapewniał pozostałych i zaklinał się, że operator nigdy nie wprowadzi do oferty telefonów Dual SIM, ponieważ nie zamierza sprzedawać klientowi urządzenia, na którym ten będzie mógł korzystać z usług konkurencji. Zaś przedstawiciel marki Nokia swego czasu wyjaśniał mi, że producent chce żyć dobrze z operatorami – którzy odpowiadają za istotną część sprzedaży jego produktów – dlatego też nie prowadzi i nie planuje produkcji urządzeń z obsługą dwóch kart SIM. Tylko dlatego, żeby nie podpaść swoim strategicznym partnerom biznesowym. Tak było parę ładnych lat temu. Dzisiaj te słowa brzmią jak żart Operatorzy działający w Polsce nie dość, że w większości zrezygnowali ze stosowania blokad SIM-lock, to jeszcze sprzedają urządzenia Dual SIM – obsługujące dwie karty SIM. I to sprzedają nie pod ladą, po cichu lub tylko dla wtajemniczonych. Wchodzisz na stronę T-Mobile i pierwsze, co widzisz, to wielki baner z Huawei P20 Pro, który sprzedawany jest w wersji Dual SIM. To samo dotyczy topowych modeli marki Samsung – Galaxy S9+ w wersji Dual SIM promowany jest na samej górze strony głównej Orange. Producentów, którzy poszli w Dual SIM, jest znacznie więcej. Obok Samsunga i Huaweia do wyboru są też smartfony marek Nokia, LG, Xiaomi, Asus, Motorola, Lenovo, OnePlus oraz bardziej egzotycznych dla Polaków, jak Oppo czy Vivo. W zestawieniach smartfonów Dual SIM na próżno jednak szukać urządzeń Apple’a. iPhone’y nigdy nie miały dwóch gniazd na kartę SIM. Pod tym względem firma z Cupertino pozostawała i nadal pozostaje w tyle za konkurencją. Dual SIM przestał być obciachem Trudno jednoznacznie stwierdzić, dlaczego Apple jak ognia unikał stosowania dwóch kart SIM w iPhone’ach. Nie bez znaczenia pozostawał zapewne argument dotyczący sprzedaży – lepiej jest sprzedać klientowi dwa iPhone’y niż jeden. Są jednak rynki – np. azjatycki – gdzie telefony z dwoma lub większą liczbą kart SIM są bardzo popularne. Apple unikając takiego rozwiązania w iPhone’ach może zamykać sobie drogę do pozyskania nowych klientów. Kiedyś telefony Dual SIM mogły być kojarzone z obciachem. Rozwiązanie to lądowało przede wszystkim w tańszych urządzeniach, których klienci liczyli każdy grosz. Dlatego też wykorzystywano je m.in. w taki sposób, że jedna karta służyła do rozmów i SMS-ów, a druga do Internetu. Klienci łączyli dwie oferty i korzystali z dwóch operatorów na przemian. Wygoda brutalnie przegrywała z chęcią zaoszczędzenia pieniędzy. Ale Dual SIM to funkcja nie tylko dla amatorów poznańskiej wręcz oszczędności. Wielu użytkowników korzysta na co dzień z dwóch numerów, bo… musi. Jakoś trzeba połączyć numer prywatny ze służbowym lub polski z zagranicznym. A wtedy trudno o lepszy sposób, niż dobry smartfon Dual SIM. Dual SIM przestał być domeną tanich i prostych telefonów, a funkcja ta bez wstydu pojawia się w najdroższych smartfonach największych producentów telefonów z Androidem. Apple ignorując osoby o wyżej wspomnianych potrzebach na własne życzenie ustawia się na przegranej pozycji i ustępuje miejsca Samsungowi i Huaweiowi, którzy od jakiegoś czasu do sztandarowych smartfonów pakują dwa gniazda na karty SIM Apple lubi przesypiać rewolucje iPhone’y wiele zmieniły na rynku telefonów komórkowych i zawdzięczamy im istnienie i/lub popularyzację całej masy przydatnych rozwiązań – od sklepów z aplikacjami mobilnymi poczynając, przez obecność w telefonach czytników linii papilarnych, na ciągłym podnoszeniu poprzeczki na polu aparatów fotograficznych kończąc. Są jednak cechy i funkcje, które Apple ze sporym opóźnieniem wprowadzał do swoich telefonów. Kiedyś wydawało się, że iPhone z większym ekranem już nie powstanie, a Apple po wsze czasy będzie upierał się przy 4 calach. Podobnie było z płatnościami zbliżeniowymi, głośnikami stereo, wodoodpornością lub bezprzewodowym ładowaniem. Finalnie jednak Apple się uginał i – jakby nigdy nic – wprowadzał u siebie rozwiązania, które u konkurencji były obecne od wielu miesięcy, a czasem nawet lat. Chciałbym doczekać podobnego ruchu w przypadku funkcji Dual SIM. Chciałbym mieć możliwość włożenia do mojego iPhone’a obu moich numerów. Być może tak się stanie. Bloomberg przebąkiwał coś o tej funkcji w kontekście nowego, większego iPhone’a. Na tym etapie jednak trudno spekulować, czy informacja ta ma szansę znaleźć potwierdzenie w rzeczywistości. /Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/04/apple-iphone-dual-sim.html
-
Wyniki oglądalności TVP w marcu były świetne. W każdym razie według TVP. Żeby nawet twardogłowi sceptycy wreszcie to zrozumieli, telewizja publiczna postanowiła pobawić się trochę danymi i zmanipulować przekaz. We wtorek TVP pochwaliła się wynikami oglądalności Wiadomości. Ponieważ od jakiegoś czasu prezes TVP ma kosę z Nielsenem, z którego danych korzysta cała reszta branży, wyniki były oparte na badaniach robionych autorską metodą MOR — modelu oglądalności rzeczywistej. To pomiar stworzony przez TVP i opracowywany na podstawie danych uzyskanych z Netii. Jak czujnie zauważyły Wirtualne Media, w środę Wiadomości poinformowały widzów o tym, że Jedynka jest najczęściej oglądanym kanałem. Tym razem wyniki zostały wzięte od Nielsena, choć TVP nie uznała za słuszne podzielić się tą informacją z widzami. Źródła nie podano. Zaraz potem ponownie pokazano tablicę ilustrującą sukces Wiadomości. Nie, nie się czepiam, to czystej wody manipulacja danymi. To ja poproszę tylko te wyniki, które pokazują dobre wyniki oglądalności TVP. Dobieranie sobie danych z różnych miejsc i pominięcie informacji o tym, że pochodzą one z innych źródeł, zostały opracowane przez kogo innego i wykorzystano inną metodologię przy ich zbieraniu? Toż to podstawa manipulacji danymi. Tak samo zresztą, jak mocno selektywne podawanie źródeł. Według danych realizowanych za pomocą metodologii MOR Wiadomości obejrzało średnio 2,7 mln odbiorców, Fakty TVN 2,3 mln, a polsatowskie Wydarzenia 1,9 mln. Nie biegnijcie jednak gratulować Wiadomościom świetnego wyniku, bo Nielsen podaje zgoła inne statystyki. Z ich danych wynika, że Fakty średnio zaszczyciło swoim czasem 2,89 mln osób, Wiadomości 2,38 mln, a Wydarzenia 2,22 mln. Dlatego powinno trzymać się jednej metodologii, lub przynajmniej zaznaczać zmianę i nie porównywać piernika do wiatraka. Jacek Kurski nie lubi się z Nielsenem już od dawna. Jako zarzut przedstawia fakt, że badania te są prowadzone na próbie jedynie 2000 gospodarstw domowych. W oczach prezesa Telewizji Publicznej muszą to być w dodatku gospodarstwa jakoś wyjątkowo wrednie wybrane, bo w jego własnych badaniach wychodzi mu zawsze większa oglądalność Wiadomości. Badanie TVP jest prowadzone na większej próbie gospodarstw, tylko że wielkość, jak to często w życiu bywa, to nie wszystko. Liczy się reprezentatywność próby, a tutaj Nielsen, który robi swoje badania kilka lat, wypada lepiej, bo dostarcza informacji o swoich badanych. Metodologia stosowana przez telewizję publiczną nie jest uznawana przez rynek za wiarygodną i naprawdę trudno się temu dziwić. Netia po prostu nie została stworzona do tego, żeby prowadzić badania statystyczne oglądalności. Nigdy nie ufaj statystyce, której sam nie sfałszowałeś. Jest takie powiedzenie „liczby nie kłamią”. To bzdura. Każda informacja istnieje w kontekście i liczby, odpowiednio zaprezentowane, nie są tylko abstrakcją, ale obciążoną kontekstem informacją. Jeśli ktoś wybiera liczby z różnych źródeł i nie informuje o tym, że stoi za nimi inna metodologia, to zwykle zastanawiam się, czemu chce mnie zmanipulować. W tym przypadku przynajmniej wiem, że to czysta propaganda. /Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/04/wyniki-ogladalnosci-tvp-sa-zmanipulowane.html
-
Jeśli marzycie o kupnie nowego telefonu, telewizora czy laptopa, to dzięki nowej promocji RTV Euro AGD wasze plany mogą się urzeczywistnić szybciej niż powiecie „Xiaomi lepsze”. W życiu każdego miłośnika technologii przychodzi taki moment, że musi zdecydować się na wymianę swoich urządzeń na nowsze modele. Wiąże się to oczywiście z kosztem, ale z drugiej strony najczęściej zapewnia o wiele wydajniejszą pracę czy bardziej komfortową rozrywkę. Jeden z największych sklepów internetowych w Polsce przygotował promocję, w której rozkłada w czasie płatność za wiele technologicznych cacek. Jej zasady są proste. Połowę ceny płacicie teraz, a połowę za pół roku, np. w ratach. Przyjrzałem się produktom, które są objęte akcją RTV Euro AGD i wybrałem kilka perełek. Moim zdaniem zdecydowanie są warte waszej uwagi, jeśli na wiosnę chcecie przyspieszyć swoje życie. Zacznijmy od laptopa – Dell Inspiron 3567. Sam na co dzień korzystam z laptopa marki Dell i od lat chwalę ich jakość wykonania i niski stopień awaryjności – od dawna mnie nie zawiodły. Model 3567 wybrałem głównie ze względu na dwa czynniki. Pierwszym jest wielkość. Rozmiar 15,6 cala jest uniwersalny i powinien idealnie nadać się do grania, oglądania filmów jak i pracy biurowej. Dodatkowo zastosowana matryca LED ma rozdzielczość FullHD, dzięki czemu nie wykolemy sobie oka o krawędzie pikseli co jest wymagane do komfortowego surfowania po sieci w 2018 r. Po drugie, Dell wyposażył laptopa w świetne podzespoły. Mamy tu procesor Intela, siódmej generacji, 8 GB RAM-u i dedykowaną kartę graficzną Radeon R5 M430. Taki zestaw powinien z sukcesami stawić czoła większości starszych gier (i części nowszych z niższymi wymaganiami) czy programów do obróbki grafiki, zdjęć czy wideo w FullHD. Materiały zapiszemy zaś na dysku SSD, który jest absolutnym minimum w nowym laptopie. W zamian za mniejszą pojemność oferuje on o wiele lepsze czasy dostępu czy mniejszą awaryjność. Dla osób, które dotychczas pracowały na HDD, przesiadka na nowszy model będzie jak wciśniecie gazu do dechy do Lamborghini Gallarado po wcześniejszym obcowaniu z poczciwym Poldkiem. W zamian za 3 tys. zł kupujący dostanie uniwersalny, wyposażony w niezbędne porty i solidny sprzęt, który przez kilka najbliższych lat powinien sprostać większość zadań zawodowo – rozrywkowych. Monitor – BenQ ZOWIE XL2411 144Hz e-Sports Monitor Czasami potrzebny jest dodatkowy ekran. W przypadku desktopa to oczywiste, ale nawet przy pracy na laptopie w warunkach domowych drugi wyświetlacz daje o wiele więcej możliwości. Moja propozycja skierowana jest jednak do graczy – nie bez przyczyny nazwa modelu została wzbogacona o slogan „e-sports”. Monitor BenQ może pochwalić się bowiem kilkoma funkcjami, które powinny trafić w gusta miłośników szybkiej akcji. Zacznijmy od wysokiej częstotliwości odświeżania, bo wynoszącej 144 Hz. Dalej mamy technologię redukcji migotania, która zapewnia mniejsze zmęczenie oczu –istotne podczas długich potyczek, kiedy chwila dekoncentracji oznacza sfragowanie przez przeciwnika czy wypadnięcie z trasy. Kolejną ciekawostką, jest korekcja czarnego koloru, która rozjaśnia czarne elementy obrazu. Dzięki temu będziemy mogli łatwiej zauważyć ukrywających się w ciemnościach przeciwników, czy zwyczajnie dostrzec więcej detali otoczenia. Ważna jest również ergonomia. Tu Benq nie zawodzi. 24-calową matrycę FullHD można powiem obracać i dostosowywać wysokość zawieszenia do osobistych preferencji. Nie jest to oczywiście monitor do obróbki grafiki, ale jak na 1099 zł oferuje bardzo dużo. Smartfon – Xiaomi Redmi 5 Plus. Nie chcesz wyrzucać kilku tysięcy złotych na flagowca, którego cenę podbija metka nowości? Xiaomi zapewni w takim wypadku idealny balans pomiędzy kosztem a jakością. Jednym z najciekawszych telefonów w ofercie tego chińskiego producenta jest zdecydowanie Xiaomi Redmi 5 Plus z dużym, prawie 6-calowym ekranem i szybkim procesorem Qualcomm Snapdragon 625. W duecie z 3 GB RAM-u da to wygodne surfowanie po sieci czy szybkie przełączanie się pomiędzy aplikacjami. Świetną opcją jest możliwość skorzystania z dwóch slotów na karty sim, dzięki czemu z jednego telefonu można odbierać połączenia służbowe i prywatne. Mamy także coś, czego coraz częściej zapominają inni producenci, czyli możliwość rozszerzania pamięci kartami SD i złącze słuchawkowe. Wygląda świetnie, ale nawet najlepszą konfigurację jest w stanie przekreślić za mały akumulator. Tu na szczęście mamy do czynienia z ogniwem 4000 mAh, które bezproblemowo przeprowadzi użytkownika przez cały dzień na Wi-Fi. Telewizor – Sony KDL-49WE660. Może i młodsze pokolenie nie ogląda już tyle telewizji co kiedyś, ale cały czas telewizor przydaje się do Netflixa czy konsoli. W tej roli świetnie sprawie się Smart TV od Sony, który na pilocie ma przyciski dedykowanie YouTube i Netfliksowi (włączenie kolejnego odcinka Breaking Bad nigdy nie było tak proste!). Na pokładzie znajdziemy także technologię HDR, która wydobędzie z obrazu dodatkowe detale i X-Reality, która podniesie klarowność obrazu. Do tego dostajemy dźwięk przestrzenny, możliwość podłączenia do domowego Wi-Fi czy nagrywania programów na dysk twardy. Jak na telewizor o przekątnej 49 cali i rozdzielczości FullHD atrakcyjna jest również cena, równa prawie 2200 zł. Dla danych – Seagate Backup Plus Hub 6TB 2x USB 3.0. Gdzie najlepiej przechowywać multimedia do odtwarzania na laptopie czy telewizorze? Sam używam do tego dysku Seagate, choć o nieco mniejszej pojemności. Gdybym jednak teraz miał się decydować na zakup to z pewnością celowałbym w przedział 6 – 8 TB. Robiąc zdjęcia w RAW-ach i kręcąc filmy w 4K nie można sobie pozwolić na kompromisy. Dysk od Seagate oferuje dwa wyjścia w najszybszym standardzie USB 3.0, które mogą służyć również do ładowania urządzeń mobilnych. Za jego pomocą szybko wykonamy kopie zapasowe najważniejszych plików niezależnie od systemu – Windowsa czy Maca. Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/04/tv-laptop-smartfon-promocja-rtv-euro-agd.html
-
Jedna z największych i najbardziej kontrowersyjnych giełd wymiany kryptowalut Bitfinex otrzymała dziś w Polsce spory cios – 1,3 mld zł w Banku Spółdzielczym w Skierniewicach zostało zajęte przez prokuraturę. Pieniądze te mają być powiązane przez sieć spółek z Bitfineksem oraz kolumbijskim handlem narkotykami. Internetowe śledztwa wiążące spółki z kontami w Banku Spółdzielczym w Skierniewicach z Bitfineksem pojawiały się już w zeszłym roku. Bitfinex jest kontrowersyjny – od dawna podejrzewa się tę giełdę o spekulacje cenami kryptowalut i pompowanie baniek. Amerykańscy regulatorzy badają też walutę Tether stworzoną przez Bitfinex, która powiązana jest z wartością dolara jeden do jednego i służy do kupowania innych kryptowalut. 6 kwietnia 2018 r. Zbigniew Ziobro pochwalił się sukcesem w zajęciu 370 mln dol. powiązanych z oszustwami, osobami, których nazwiska pojawiały się w Panama Papers i spółkami, które są słupami „dużej zagranicznej giełdy kryptowalut”. Konta miały znajdować się w małym polskim banku. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że chodzi właśnie o Bitfinex. Polska prokuratura nie postawiła jeszcze żadnych zarzutów, a ze względu na międzynarodowy wymiar sprawy CBŚ współpracuje z Europolem i Interpolem. Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/04/zbigniew-ziobro-bitfinex-prokuratura.html
-
monthly [Humble-Bundle] Monthly - Marzec 2018
OgraNee odpowiedział(a) na Chaosik temat w Wygasłe promocje i klucze
Mamy kwiecień nie aktualne -
Jeszcze niedawno wystarczyło zapłacić 2 euro, by mieć pewność, że się usiądzie obok towarzysza podróży, teraz trzeba zapłacić dwa razy tyle. Ktoś powie, że podwyżka rzędu 2 euro to nie dramat. To powinien zobaczyć, jak podskoczyły ceny innych usług. Ryanair podnosi ceny, bo nie ma pieniędzy na rosnące żądania pracowników? Podstawowa rezerwacja w Ryanairze dotychczas kosztowała 2 euro. Teraz trzeba zapłacić 4. Chce się mieć zagwarantowane miejsce z przodu samolotu? Do niedawna płaciło się 7 euro, teraz trzeba wyłożyć 13. Dodatkowa przestrzeń na nogi? Za taki komfort Ryanair życzył sobie do niedawna 11 euro, dziś to jest już 15 euro. Co ciekawe, jak zauważył serwis Gazeta Next, Ryanair postarał się wprowadzić zmiany tak, aby mało kto zauważył. Na stronie Ryana wciąż są stare ceny (nawet mimo publikacji Gazety), ale jak już ktoś chce rezerwacji dokonać, to pojawiają się nowe. Cóż, podobne zagrywki wcale nie są czymś nowym dla irlandzkiego przewoźnika, ale zwłaszcza w przedświątecznym okresie mogą być dla klientów jeszcze bardziej irytujące. Chyba jednak można mieć pewność, że to nie ostatnie podwyżki w Ryanie. Bo linia ma bardzo poważne kłopoty. Pracownicy protestują, Ryanair podnosi ceny Jesienią irlandzka linia masowo odwoływała loty, gdyż Norwegian podebrał jej pilotów. Łącznie odwołano ponad 20 tysięcy lotów, ale linia jakoś przetrwała niepierwszy w końcu w jej historii kryzys. Kłopoty linii wcale się jednak nie skończyły. Na początku marca przewoźnik uznał we Włoszech związek zawodowy pilotów. To był drugi w historii linii taki przypadek – podobnie było pod koniec stycznia, gdy Ryan podpisał umowę ze związkowcami na Wyspach. Obecnie firma ma dość podbramkową sytuację w Portugalii, gdzie pracownicy grożą strajkiem na Wielkanoc. Gdy pojawia się masowe odchodzenie z pracy i powstają związki zawodowe, to nietrudno się domyślić, że firma będzie pod presją, by pracownikom płacić więcej. Dużo więcej. Do tej pory Ryanair oszczędzał na wszystkim, łącznie z pensjami dla personelu. Obecnie jednak pracownicy już godzić się na to nie chcą, podobnie zresztą jest w polskim LOT, który może zastrajkować na majówkę. Żeby spełnić rosnące żądania załogi, Michael O’Leary i spółka muszą skądś wziąć dodatkowe środki. I nietrudno się domyślić skąd je wezmą. To, że Ryanair podnosi ceny za rezerwację, może wskazywać, że portfele klientów Ryana będą coraz bardziej narażone na dodatkowe opłaty. Kiedy więc tanie linie lotnicze przestaną być tanie? Pewnie jeszcze długo bilety Ryanaira będą konkurencyjne wobec „standardowych” linii. Ale jeśli związki zawodowe w Ryanie będą powstawać w takim tempie, to niewykluczone, że era latania za grosze niebawem się skończy. Źródło: https://bezprawnik.pl/ryanair-podnosi-ceny-za-rezerwacje/
-
Ostatnio wiele mówi się o prywatności na Facebooku, a część mediów uderza w histeryczne tony. Czy Facebook faktycznie cię podsłuchiwał i zapisywał nawet te filmy, których nigdzie nie udostępniłeś? Możesz to sprawdzić. Facebook znalazł się w ogniu krytyki po tym jak okazało się, że firma Cambridge Analytica pozyskała szczegółowe dane o 50 mln użytkowników tego serwisu społecznościowego. Wystarczyło dołączyć do quizu thisisyourdigitallife, by zgodzić się na udostępnienie swoich danych. Nieczytanie regulaminów często obraca się przeciwko użytkownikom, ale tym razem sprawa jest znacznie bardziej bulwersująca. Quiz był na tyle sprytny, że zapisywał również dane o znajomych osób, które wzięły w nim udział. Dane zostały sprzedane dalej, a w tle być może stoją służby wywiadowcze. Następnie okazało się, że Facebook może przechowywać nawet te filmy i zdjęcia, których nigdy nie udostępniliśmy. Aplikacje Facebooka i Messengera mają wbudowany aparat, którym można rejestrować zdjęcia i filmy. Takie materiały możemy udostępnić znajomym, ale nie musimy tego robić. Można je usunąć albo zapisać w pamięci smartfona. Niektórzy użytkownicy zgłaszają jednak, że nawet niezapisane materiały są przechowywane przez Facebooka. Możesz sprawdzić, co wie o tobie Facebook. Facebook umożliwia pobranie kopii wszystkich danych, jakie o tobie zebrał. Aby to zrobić należy na stronie Facebooka wybrać rozwijane menu po prawej stronie górnej belki (ikona małego trójkąta), wybrać Ustawienia, a następnie kliknąć „Pobierz kopię swoich danych z Facebooka.” Możesz też włączyć ustawienia klikając w ten link. https://www.facebook.com/settings Następnie należy kliknąć przycisk „Pobierz archiwum” i potwierdzić swoją tożsamość hasłem. Przygotowanie archiwum może potrwać nawet kilka godzin. Kiedy paczka będzie gotowa, Facebook wyśle ci maila i poprzez powiadomienie. Aby ją pobrać będziesz musiał jeszcze raz wprowadzić swoje hasło. Archiwum danych z Facebooka kryje mnóstwo niespodzianek. Moje archiwum zajmuje 1,4 GB danych. W tej przepastnej bibliotece znajduje się wszystko, co kiedykolwiek udostępniłem na Facebooku, a także w Messengerze. Mam na Facebooku konto od listopada 2007 roku, więc liczba materiałów jest gigantyczna. Co kryje się w paczce? Mamy przede wszystkim zdjęcia i filmy, które udostępniliśmy. W moim przypadku jest to prawie 1100 zdjęć i 13 filmów. Mamy też folder zawierający wyciąg informacji o nas. Są tam wszystkie dane osobowe, jakie znalazły się na naszym profilu, w tym telefon, e-mail, informacje o szkołach, o miejscach pracy, o rodzinie, o kontach w innych serwisach, zainteresowaniach, grupach, do których należymy i wszystkich polubieniach stron. To dopiero wierzchołek góry lodowej. Archiwum Facebooka zawiera też wyciąg danych osobowych wszystkich naszych znajomych, przy czym – uwaga! – są to również dane naszych kontaktów z książki adresowej w smartfonie (o ile choć raz połączyliśmy w smartfonie książkę kontaktów z kontaktami z Facebooka). Mało tego! Facebook przechowuje także rejestr połączeń telefonicznych. Kolejna sekcja to wszystkie informacje, jakie kiedykolwiek pojawiły się na naszej osi czasu. Następnie mamy informacje o znajomych: listę z datą dodania do znajomych, a także m.in. listę osób obserwowanych, odrzucone zaproszenia i osoby, które usunęliśmy ze znajomych. Następną sekcją są wiadomości, gdzie znajdziemy pełne archiwum konwersacji prowadzonych w Messengerze. W moim przypadku jest to lista ponad 800 rozmów, na której każda jest prowadzona z inną osobą lub grupą osób. Możemy podejrzeć pełną konwersację. W moim archiwum największe pliki w tej sekcji mają ponad 20 MB (HTML, czysty tekst) i zawierają całe lata rozmów. Każde słowo, które napisaliśmy lub powiedzieliśmy, bo nagrania audio wysyłane w Messengerze również są przechowywane. W paczce są też wszystkie pliki, które przesłaliśmy Messengerem, w tym zdjęcia. Nie ma natomiast zapisów wideorozmów. Facebook ma też informacje o wydarzeniach, do których się zapisaliśmy. Kolejny dział to Zabezpieczenia, gdzie znajdują się informacje o aktywnych sesjach i urządzeniach oraz przeglądarkach, z których łączyliśmy się z Facebookiem. Kolejny dział zawiera nasz profil reklamowy. Mamy tam tematy reklam (potężna lista bazująca na wszystkim, co wie o nas Facebook), historię kliknięć w reklamy i listę reklamodawców z naszymi informacjami kontaktowymi. Ostatnią sekcją są aplikacje i znajdują się na niej nie tylko aplikacje facebookowe, ale też mobilne, do których logujemy się przy użyciu Facebooka. Często słyszymy, że Facebook „wie o nas wszystko”, ale dopiero zderzenie z archiwum facebookowym pokazuje, że to prawda. Należę do świadomych użytkowników Facebooka. Publikuję niewiele treści i zwracam uwagę na to, w co klikam. Być może dzięki temu w moim archiwum danych nie znalazłem niczego, co nie powinno się w nim znaleźć. Baza jest przeogromna, ale nie mogę mieć pretensji do Facebooka, ponieważ budowałem ją sam, cegiełka po cegiełce. Facebook nie ma niczego, czego sam bym mu nie udostępnił. Jeśli nie bierzesz udziału w podejrzanych quizach, a w głowie zapala ci się czerwona lampka kiedy widzisz podejrzany link, jest duża szansa, że cała afera o Facebooka nie dotyczy cię personalnie. Polecam jednak przejrzenie swojego archiwum treści. Ilość informacji, jaką dysponuje o nas Facebook, jest przepotężna. Szczególnie, jeśli korzystacie z Messengera. Pisząc wiadomości mam świadomość, że zostają one na serwerze, ale widok 800 plików zawierających pełne archiwum rozmów z 11 lat działa otrzeźwiająco. Pozostaje tylko pytanie: czy mamy jakąś alternatywę? Z Facebooka mógłbym zrezygnować, ale porzucenia Messengera raczej sobie nie wyobrażam. Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/03/facebook-archiwum-danych.html
-
Wczoraj gruchnęła wieść, że Xiaomi Redmi Note 5A trafi wkrótce do Biedronek w okazyjnej cenie. Czy warto go kupić? Już w przyszły piątek, 6 kwietnia 2018 r., do Biedronek w całej Polsce trafi budżetowy smartfon Xiaomi. Za niespełna 400 zł będzie można nabyć urządzenie mające naprawdę sporo do zaoferowania w tej klasie. Przyjrzyjmy się jego największym plusom i minusom. Xiaomi Redmi Note 5A – 3 razy na tak Jakość wykonania i podzespoły: jedno nierozerwalnie łączy się z drugim. Xiaomi Redmi Note 5A, ma solidną obudowę wykonaną z tworzywa sztucznego, zwieńczoną 5,5-calowym wyświetlaczem. Pod ekranem pracują zaś całkiem rozsądne komponenty – procesor Snapdragon 425, 2 GB RAM-u i 16 GB pamięci na dane. Takie parametry nierzadko znajdziemy w dwukrotnie droższych konstrukcjach. Dobry czas pracy na jednym ładowaniu: Xiaomi Redmi Note 5A napędzany jest przez ogniwo o pojemności 3080 mAh, co w połączeniu z ekranem o niższej rozdzielczości i energooszczędnymi podzespołami przekłada się na całodniowy, a czasem nawet dwudniowy czas pracy. Wszystko zależy oczywiście od tego, jak używamy telefonu, ale na pełne 24 godziny z dala od gniazdka możemy liczyć praktycznie zawsze. Zawsze świeże oprogramowanie: mowa oczywiście nie o samym Androidzie, a o najnowszej wersji nakładki systemowej MIUI. Xiaomi dba o regularne aktualizacje nawet najtańszych urządzeń, więc kupując Xiaomi Redmi Note 5A mamy pewność, że przez długi czas będziemy otrzymywać niezbędne łatki bezpieczeństwa i nowe funkcje. Xiaomi Redmi Note 5A – 3 razy na nie Kiepski aparat: i mam tu na myśli naprawdę kiepski aparat. Od biedy nada się do zrobienia zdjęcia dokumentom czy uwiecznienia chwili w dobrym świetle, ale wewnątrz pomieszczeń produkowany przezeń obrazek jest fatalny. Tylko czy można liczyć na cokolwiek innego w telefonie za 400 zł? Rozdzielczość ekranu: wyświetlacz w Xiaomi Redmi Note 5A ma aż 5,5” przekątnej, ale tylko 1280 x 720 pikseli rozdzielczości. To niestety oznacza relatywnie niskie zagęszczenie pikseli i nie tak ostry obrazek, jak moglibyśmy sobie życzyć. Pod innymi względami (kąty widzenia, kontrast, kolory) wyświetlacz jest jak najbardziej ok. Oprogramowanie: wspomniana nakładka MIUI nie każdemu będzie odpowiadać. Android w wydaniu Xiaomi jest cukierkowy, zaśmiecony i wymaga przyzwyczajenia. Z pewnością nie jest to system, w którym laik momentalnie się odnajdzie, a też na tle konkurencyjnych nakładek wypada raczej blado. Na szczęście w MIUI możemy zmienić dosłownie wszystko, a w razie konieczności… możemy zmienić też samo MIUI. Xiaomi Redmi Note 5A – czy warto kupić? Podsumujmy wady i zalety, podzielmy przez cenę, i wynik działania jest prosty: warto kupić. Pomimo kilku wad ten telefon oferuje znacznie więcej niż dowolny inny model kosztujący 399 zł. A jeśli jeszcze masz wątpliwości, wypatruj naszej pełnej recenzji. Dawid Kosiński pracuje nad nią w pocie czoła, by jeszcze przed startem sprzedaży w Biedronce recenzja Xiaomi Redmi Note 5A zagościła na Spider’s Web. Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/03/xiaomi-redmi-note-5a-biedronka-opinie.html
-
Afera Facebooka nabiera tempa z taką szybkością, z jaką spada kurs giełdowy spółki. Czemu tak się dzieje? Zuckerberg chyba niespecjalnie to wie, w końcu do tej pory był teflonowy. Już nie jest. Wszystko przez to, że naprawdę zdenerwował media. Te media, których siły jeszcze dwa tygodnie temu zupełnie nie doceniał. Stwierdzenie, że cała historia firmy Facebook to afera, byłoby dużą przesadą. Ale też trzeba zauważyć, że Zuck był zawsze skandalistą. Czy sposób, w jaki traktował współzałożycieli serwisu (warto jeszcze raz obejrzeć „The Social Network”), czy to, że przychodził na spotkania biznesowe w bluzie z kapturem, czy wreszcie pamiętny tekst na wizytówce „I’m CEO, Bitch” – wszystko to zagrania, które budziły kontrowersje. Nie wspominając już samego modelu biznesowego, który sam w sobie był – powiedzmy – mocno wątpliwy etycznie. Żadna z tych rzeczy jednak nie zaszkodziła Zuckowi. Wręcz przeciwnie, wykreowała jego wizerunek start-upowca rebela. Pierwsza afera Facebooka Aż przyszły naprawdę poważne skandale. Największym był chyba ten, gdy okazało się, że wynajęci przez Kreml hackerzy de facto ustawili wybory prezydenckie w USA – i to głównie właśnie za pomocą Facebooka. Serwis zarobił dzięki Kremlowi wielkie pieniądze, bo powiązane z Rosją konta wykupowały masowo reklamy na FB. Do końca też nie wiadomo, o jakich pieniądzach mówimy, bo Zuck z przejrzystości w końcu nie słynie. Jakie były skutki tamtej afery dla Zucka i spółki? Może nie żadne, ale wielka krzywda wizerunkowa i biznesowa Facebookowi się nie stała. Wtedy też Zuckerberg chyba po raz pierwszy poważnie postanowił zgłębić się w zarządzenie kryzysowe. Wprowadził narzędzia do walki z fake newsami i opublikował słynny noworoczny wpis, w którym zapowiedział, że chce, by serwis był lepszym miejscem. I zrobił coś jeszcze – coś, co jest źródłem jego obecnych kłopotów. Facebook tnie zasięgi. Media krwawią Pod płaszczykiem walki z fake newsami i promowania „pozytywnych” treści od przyjaciół i rodziny, Zuck brutalnie zaczął ciąć zasięgi. Straciły na tym chyba wszystkie biznesy, których promocja opierała się na serwisie. Jednak najbardziej straciły media. W skrócie – serwisy kontentowe, które uzależniły się od ruchu z FB, musiały od tej pory płacić gigantyczne pieniądze, aby utrzymać oglądalność. Były serwisy, które nie wytrzymały tego ruchu, na przykład lifestyle’owy LittleThings. Jednak ścięcie zasięgów wyprowadziło z równowagi chyba wszystkie redakcje na świecie. Najostrzej zareagowali szefowie stacji NBC News, którzy nazwali serwis „Fakebookiem”. Ale chyba to samo myślał każdy dziennikarz na globie. Facebook a media. Historia bardzo chłodnej relacji Z tym, że nie można traktować tego wydarzenia jako jakiegoś incydentu. Była to raczej kumulacja wieloletniego napięcia pomiędzy mediami a serwisem. Jednym słowem, serwis grał długo z przedstawicielami mediów w kotka i myszkę. Dawał im na przykład narzędzia, które wymagały inwestycji i związania się z serwisem, ale miały zapewnić lepszą klikalność. Tak było z Instant Articles czy z materiałami video. Koniec końców jednak żadnej dobrej klikalności nie było, a media zawsze czuły się oszukane na dealach z Zuckiem. Po części podejście Zucka było biznesowe – chciał po prostu zawsze ograć firmy medialne, aby zyskać jak najwięcej. Ale to tylko część wyjaśnienia relacji Facebook-media. Jak to opisał niedawno magazyn Wired, na spotkaniach przedstawicieli FB i mediów zawsze wiało chłodem. Były po prostu różnice kulturowe. Zuck ze spółką zawsze ponoć myślał długoterminowo – na przykład co zrobić, by za dekadę być w jakimś tam miejscu. A szefowie mediów myślą deadline’ami – co zrobić, by utrzymać oglądalność w tym miesiącu? Chyba jednak Zuck po prostu mediów nie rozumiał. – Czemu oni ciągle ode mnie czegoś chcą? Ani nie przynoszą tak wielkiej oglądalności jak kotki, ani takich pieniędzy, jak chińskie serwisy (czy Kreml – można dodać złośliwie) – tak pewnie myślał Zuckerberg. W końcu stracił cierpliwość i po prostu pociął zasięgi. Afera Facebooka. Serwis tnie zasięgi, media kontratakują To, że Zuck nigdy nie czuł mediów, może dowodzić to, w jaki sposób komunikował się w czasie kryzysów. Zwykle wystarczył mu komunikat kryzysowy w formie… facebookowego posta. I wreszcie wyszła na jaw afera Cambridge Analytica. Wielka, bez wątpienia. Ale czy naprawdę większa, niż ta z fake’owymi kontami i pieniędzmi z Kremla? Tamta właściwie przeszła bez echa, podczas gdy nowa afera Facebooka zbiera potężne żniwa. Zuckerberg został wezwany przed amerykański Kongres i brytyjski parlament, kurs spada, coraz szerszy zasięg ma akcja #deleteFacebook… A sam Zuck długo nie wiedział, co się dzieje. Zabrał głos dopiero po kilku dniach, z nieoficjalnych informacji wynikało, że myślał, że afera umrze śmiercią naturalną, jak wcześniejsze. W końcu postanowił się… przeprosić z mediami. Udzielił wywiadu CNN, ba, wykupił nawet ogłoszenia w drukowanej prasie. Było już jednak za późno. Afera Facebooka. To media ją nakręciły Ktoś powie, że oburzenie aferą Cambridge Analytica było oddolne. Ludzie po prostu byli oburzeni, gdy dowiedzieli się, co tak naprawdę serwis wyprawia. Szczerze? Nie sądzę. To, że firmy tech nas śledzą i handlują naszymi danymi, to akurat oczywista oczywistość. Owszem, ustalenia Channel 4 w sprawie Cambridge Analytica były szokujące, ale chyba nie aż tak, by spowodować tak gigantyczną aferę. To media wszystko podkręciły. To one podgrzały temat i wymusiły na politykach, by zajęły się Facebookiem. A hasztag #deleteFacebook? Też wcale nie pojawił się po raz pierwszy oddolnie, ale w felietonie w serwisie TechCrunch. Tym, który też bardzo stracił na ścięciu zasięgów. Owszem, afera nie byłaby tak duża, gdyby ludzi naprawdę Facebook nie zbulwersował. Ale zbulwersował ich tak bardzo głównie dlatego, że tak przedstawiły to media. Ponoć osoba publiczna, która walczy z mediami, powinna wypisać sobie na wizytówce „Idiota”. Zuck powinien to przemyśleć. I tak będzie brzmiało bardziej dojrzale, niż „I’m CEO, Bitch”. Źródło: https://bezprawnik.pl/media-mszcza-sie-na-zuckerbergu/
- 6 odpowiedzi
-
- 1
-
-
- zuckerberg
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Apple udostępnił właśnie iOS 11.3 wszystkim użytkownikom kompatybilnych urządzeń. Każdy może wreszcie sprawdzić, czy akumulator iPhone’a nadaje się do bezpłatnej wymiany. Nowa wersja systemu mobilnego Apple’a została oficjalnie zapowiedziana ponad dwa miesiące temu. iOS wpierw trafił już wczoraj na najnowsze urządzenia w ofercie producenta z Cupertino. Tym samym iPad 2018 był pierwszym sprzętem, który mógł korzystać z długo oczekiwanej wersji systemu. Dzisiaj można pobrać go na iPhone’y i pozostałe iPady. Aktualizacja nie należy do przesadnie dużych pod kątem objętości. iOS 11.3 w wersji na iPhone’a X waży 708,9 MB, a wariant na iPada Air 2 wymaga pobrania z serwerów Appel’a 638,1 MB danych. iOS 11.3 – co nowego? Najważniejszą nowością w aktualnej edycji iOS 11 są nowe funkcje sprawdzania stanu akumulatora. Dzięki temu użytkownicy mogą samodzielnie zbadać ogniwo zasilające i sprawdzić, czy kwalifikuje się już do wymiany. Oprócz tego pojawi się opcja przywracania pełnej wydajności kosztem stabilności działania systemu w urządzeniach, których akumulatory powinny być już wymienione. Szerzej o funkcji kondycja baterii pisaliśmy już w styczniu. Apple będzie powiadamiać użytkowników, gdy zajdzie konieczność wymiany ogniwa zasilającego. iOS 11.3 będzie też lepiej dbał o kondycję ogniw w iPadach, które są stale podłączone do zasilania np. w kioskach, punktach sprzedaży lub wózkach zasilających. Opcje zarządzania energią to nie jedyne zmiany w iOS 11.3. Dzięki nowej wersji systemu iPhone’y i iPady będą mogły skorzystać z nowej wersji API poszerzonej rzeczywistości, czyli ARKit 1.5. Programiści będą mogli umieszczać od teraz cyfrowo generowane obiekty nie tylko na powierzchniach poziomych (stoły, podłogi) ale też na np. ścianach lub drzwiach. Zmian doczekała się też aplikacja Apple Music, w której pojawił się nowa funkcja wyświetlania teledysków. Użytkownicy smartfonów iPhone X będą mogli skorzystać też z czterech zupełnie nowych animoji: lew, niedźwiedź, smok i czaszka. W sklepie z aplikacjami pojawiły się natomiast nowe opcje sortowania recenzji aplikacji i gier, które umieścili inni użytkownicy według najbardziej przydatnych, najbardziej przychylnych, najbardziej krytycznych lub najnowszych. Karta uaktualnienia będzie teraz lepiej eksponować wersję aplikacji oraz wielkość pliku. Oprócz tego w iOS 11.3 znalazło się też wiele innych drobnych usprawnień i poprawek błędów. Z pełną listą zmian można zapoznać się na stronie Apple’a. Wygląda też na to, że nadal nie doczekaliśmy się zapowiadanego od dawna wsparcia dla synchronizacji wiadomości iMessage przez iCloud. Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/03/ios-11-3-iphone-ipad.html
-
Wydajność Razera Blade za połowę ceny? To mogło zrobić tylko Xiaomi
OgraNee opublikował(a) temat w Dyskusje wokół komputerów
Xiaomi podbiło już nasze kieszenie, wciskając do nich tanie smartfony. Podbiło salony, wstawiając tam tanie oczyszczacze powietrza i inne niedrogie akcesoria. Teraz chce podbić zupełnie nowy dla siebie obszar – biurka graczy. Tak, Xiaomi pokazało laptop do gier. Tak wygląda Mi Gaming Laptop. Mi Gaming Laptop – bo tak nazywa się nowy twór Xiaomi – to krzyżówka Razera Blade z ubiegłorocznym laptopem Mi Notebook Pro. Podobnie jak Razer w swym designie inspirował się MacBookiem, tak Xiaomi w przemalowaną na czarno obudowę Mi Notebooka Pro postanowiło upakować mocniejsze podzespoły, lepsze chłodzenie i mieniącą się kolorami tęczy klawiaturę. Mi Gaming Laptop poradzi sobie z każdą grą. Sercem laptopa Xiaomi jest czterordzeniowy procesor Intel Core i7-7700HQ. Za wydajność graficzną odpowiada karta Nvidia GeForce GTX 1060, a całość wspiera 16 GB RAM-u. Dane zapiszemy na dwóch nośnikach: SSD NVMe o pojemności 256 GB i HDD o pojemności 1 TB. Oprócz tego do sklepów trafi także bardziej budżetowy wariant laptopa, wyposażony w kartę GTX 1050 Ti, 8 GB RAM-u i SSD o pojemności 128 GB. O ile podstawowy model może dostawać zadyszki w niektórych tytułach, o tyle wersja z GTX 1060 powinna bez trudu poradzić sobie z każdą produkcją na wysokich ustawieniach w natywnej rozdzielczości 15,6-calowego notebooka, czyli 1920 x 1080p. Gamingowy laptop Xiaomi to nie tylko Mi Notebook Pro z mocną grafiką. Chińczycy zadbali także o inne usprawnienia. Przede wszystkim o lepsze chłodzenie. Mi Gaming Laptop chłodzony jest przez dwa wentylatory oraz rurki odprowadzające ciepło w układzie 3+2. Nagrzane powietrze wydostawać się będzie aż czterema otworami, co ma się przełożyć na niskie temperatury pracy urządzenia. Gracze dostaną też lepsze audio. Mi Gaming Notebook zaoferuje (podobno) dobre głośniki strojone przez Dolby i dostosowane do technologii Dolby Atmos oraz gniazdo słuchawkowe ze zintegrowanym, mocnym wzmacniaczem. Wisienką na torcie jest klawiatura z pełnym podświetleniem RGB. Trzeba przyznać, że Xiaomi znalazło całkiem sensowny kompromis między konwencjonalnym laptopem a ciężką, grubą konstrukcją gamingową. Mi Gaming Laptop wyglądem przypomina raczej zwykły, biznesowy komputer przenośny. Choć na dostarczonych przez firmę renderach wygląda na dość opasłą maszynę, w najgrubszym punkcie mierzy ledwie 20,99 mm grubości. O ile fanem produktów Xiaomi zdecydowanie nie jestem, tak szanuję bogactwo złącz, które uświadczymy w Mi Gaming Laptopie – mamy tu aż cztery porty USB-A, dwa złącza USB-C (nie Thunderbolt 3) i pełnowymiarowe złącze HDMI. Nie zabrakło tu nawet slotu na karty SD, choć to dodatek coraz częściej wykluczany nawet z tych konstrukcji, w których bez trudu znalazłoby się nań miejsce. Za to bez dwóch zdań należą się Xiaomi dodatnie noty. Cena? Jak zwykle przystępna. Wariant wyposażony w kartę GTX 1060 kosztować ma 1440 dol., co po doliczeniu podatku powinno się przełożyć na polską cenę sięgającą ok. 6000 zł. Tańsza wersja z GTX 1050 Ti na pokładzie to z kolei wydatek rzędu 960 dol., co – uwzględniając podatki – daje nam bardzo rozsądną cenę wynoszącą ok. 4000 zł. Nie ma się co oszukiwać, że Mi Gaming Laptop będzie równie dobrą maszyną co Razer Blade czy Asusy z serii ROG. Jeśli jednak laptop ten trafi do sprzedaży w Polsce, będzie z pewnością ciekawą alternatywą dla klientów szukających mocnego laptopa w niskiej cenie. A nawet jeśli Mi Gaming Laptop nie trafi do polskiej dystrybucji, to nie mam wątpliwości, że fani marki doskonale poradzą sobie z kupieniem go z innego źródła. Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/03/xiaomi-mi-gaming-laptop-opinie.html -
Świetna, mroczna strzelanina The Darkness II za darmo
OgraNee opublikował(a) temat w Wygasłe promocje i klucze
The Darkness II to brutalna, porządna i naprawdę udana strzelanina, która w 2012 roku pojawiła się na komputerach osobistych, Xboksie 360 oraz PlayStation 3. Teraz możecie zgarnąć ją zupełnie za darmo, korzystając z promocji Humble Bundle. The Darkness II jest dziełem Digital Extremes. Studio ma pierwszoosobowe strzelaniny w swoim DNA, rozpoczynając działalność od współpracy przy kultowej serii Unreal. Jego pracownicy pomagali również przy trybach wieloosobowych w tytułach BioShock 2 oraz Homefront. Najnowszą „wielką“ i w pełni własną produkcją DE jest darmowe Warframe, które stanowi bardzo ciekawą alternatywę dla Destiny czy Monster Huntera. Sprawdźcie sami, nic to was nie kosztuje. Nic nie kosztuje również The Darkness II. Przynajmniej chwilowo. Świetna promocja na tę strzelaninę pojawiła się w cyfrowym sklepie Humble Bundle. Wystarczy wejść w zakładkę The Darkness II, dodać produkt do koszyka, a następnie poczekać na przetworzenie zamówienia. Oczywiście wymagane jest do tego posiadane konta, które możecie założyć w każdym momencie, zupełnie za darmo. https://www.humblebundle.com/store/agecheck/the-darkness-ii Po dodaniu darmowego produktu do koszyka i potwierdzeniu transakcji za zero złotych, sprawdźcie skrzynkę e-mail powiązaną z Humble Bundle. W wiadomości powinniście otrzymać odsyłacz. Po jego kliknięciu zostanie wygenerowany unikalny kod do aktywacji gry na platformie cyfrowej dystrybucji Steam. Cały proces jest bardzo łatwy i zajmuje kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund. Co świetne, strzelaninę The Darkness II uruchomicie nie tylko na komputerze z systemem Windows, ale również macOS. Poza głównym trybem fabularnym gra oferuje także zestaw misji do rozegrania w trybie kooperacji z maksymalnie trzema znajomymi. Jeżeli chwilowo nie macie w co grać z paczką kumpli, to być może znaleźliśmy dla was rozwiązanie. The Darkness II w Humble Bundle pozostanie darmowe przez około 24 godziny od momentu publikacji tego tekstu. Radzę się pospieszyć bo warto Źródło: https://www.spidersweb.pl/2018/03/the-darkness-ii-za-darmo.html-
- 1
-
-
Od dobrych dwóch lat jedyną słuszną odpowiedzią na pytanie o najlepszą myszkę jest: Logitech MX Master. Teraz na rynku pojawił się jednak godny rywal. Czy Microsoft Surface Precision Mouse może zagrozić pozycji gryzonia Logitecha? Do pierwszego MX Mastera podchodziłem nieufnie. Za cenę jednego Logitecha mogłem nabyć dwie solidne myszki innych firm. W końcu jednak się złamałem i skorzystawszy z promocji na Amazonie kupiłem to zachwalane przez wszystkich urządzenie. I wiecie co? Od dwóch lat nie wyobrażam sobie pracy z inną myszką w dłoni. Z odświeżonej wersji – Logitech MX Master 2s – korzystam od dnia premiery. Każdego dnia, przez kilka/kilkanaście godzin dziennie. A że znajduję się w bardzo unikalnej pozycji, tj. sprawdziłem niemal wszystkie warte uwagi myszki na rynku i mam z nimi porównanie, mogłem dotychczas z całą stanowczością twierdzić, że Logitech MX Master 2s to najlepsza myszka, jaką można kupić. Nie ma lepszej myszki do pracy, a ponadto gryzoń Logitecha równie dobrze spisuje się w casualowym gamingu. To jedna myszka, by rządzić wszystkimi. Niemająca godnego rywala. Aż do teraz. Microsoft Surface Precision Mouse to rękawica rzucona Logitechowi. Jeden rzut oka po prezentacji nowej myszki Microsoftu wystarczył, żeby dostrzec dla kogo jest ta myszka. Dla dokładnie tych samych klientów, którzy do tej pory byli skłonni wydać ponad 400 zł na Logitecha MX Master 2s. Od razu wtedy pomyślałem, że Microsoft porywa się z motyką na słońce, bo z MX Masterem nie da się rywalizować. I nie mogłem się doczekać, by przekonać się o tym osobiście. Gdy myszka przyjechała do mnie na testy błyskawicznie zrozumiałem, że choć Surface Precision Mouse jest bezpośrednim rywalem MX Mastera, trafi w gusta innych konsumentów niż gryzoń Logitecha. Nie ma lepiej wykonanej myszki od Microsoft Surface Precision Mouse. Kropka. Przynajmniej w chwili pisania tego tekstu i przynajmniej w początkowej fazie użytkowania. Na ten moment Surface Precision Mouse sprawia wrażenie wykonanej wzorowo. Tworzywo, z którego wykonano myszkę, jest niebywale przyjemne w dotyku i dość… unikatowe, muszę przyznać. Trzeba położyć na tym sprzęcie dłoń, by zrozumieć, o co chodzi. Materiał jest miękki, ale nie gumowany. Przyjemny w dotyku. Idealnie trzymający się dłoni. I sprawia też wrażenie bardzo trwałego. Celowo piszę „sprawia wrażenie” gdyż powłoka Logitecha MX Master 2s również sprawiała takie wrażenie w pierwszych tygodniach użytkowania. Dopiero kolejne miesiące zweryfikowały, że wcale nie jest tak różowo, a tworzywo pokrywające gryzonia okropnie się wyciera. Dziś, po kilku miesiącach od premiery, MX Master 2s na moim biurku nie wygląda nawet w połowie tak estetycznie jak na początku. Z drugiej zaś strony Surface Precision Mouse jest od niego znacznie lepiej wykonana już na starcie. Jest więc szansa, że lepiej zniesie również próbę czasu. W MX Master pierwszej generacji kiepsko próbę czasu zniosły również przyciski. Po dwóch latach użytkowania (najpierw mojego, potem żony) poprawnie działa w zasadzie tylko prawo- i lewoklik. Przycisk pod kciukiem kompletnie się wyrobił, a rolka boczna miewa problemy z responsywnością. Tu również Microsoft Surface Precision Mouse sprawia wrażenie solidniejszej. Każdy jeden przycisk jest sztywniejszy, lepiej spasowany i lepiej osadzony niż w myszce Logitecha. Czas pokaże, ile tej solidności pozostanie po dwóch latach. Tę myszkę ktoś zaprojektował. I solidnie się do tego przyłożył. Microsoft ma ergonomię w swoim DNA. Nic więc dziwnego, że flagowa myszka firmy może stanowić wzór dla innych. Surface Precision Mouse leży w dłoni idealnie. Kształt jest taki, jakby projektanci zrobili odlew ludzkiej kończyny, dodali przyciski, upakowali do środka elektronikę i wypuścili produkt na rynek. Myszka Microsoftu jest nieco bardziej płaska od myszki Logitecha, ale wcale niemniej wygodna. Ba, dzięki temu, że ma niższy profil, przypadnie do gustu kobietom i mężczyznom o mniejszych dłoniach, dla których MX Master jest zwyczajnie zbyt wielki. Niższy profil przekłada się też na znacznie większą mobilność myszki. Surface Precision Mouse bez problemu zmieści się do każdej torby. Jeśli o mnie chodzi, pakowałem gryzonia Microsoftu do przegródek w torbie i plecaku, do których MX Master 2s za nic nie chciał się zmieścić. To ogromny plus. Genialnie rozwiązano też kwestię oparcia na kciuk. W Logitech MX Master 2s wystający element pełni rolę dodatkowego przycisku, ale jako oparcie nie jest zbyt wygodny. W Surface Precision Mouse co prawda nie mamy w oparciu ukrytego przycisku, za to dodatkowy element w przedziwny sposób „otula” kciuk i idealnie go podpiera. To również trzeba poczuć, aby przekonać się, o czym mowa. Wrażenie jest bardzo specyficzne, ale też bardzo pozytywne. Reasumując, nowa myszka Microsoftu pozwala na komfortową pracę przez długie godziny, dni, tygodnie. Jeśli ktoś szuka najwygodniejszej myszki na rynku, to tylko Microsoft Sculpt Ergonomic wypada lepiej od Surface Precision Mouse. Choć Sculpt nie oferuje tak wielu funkcji, jak Surface Precision. Czy Microsoft Surface Precision Mouse warta jest swojej ceny? Nie ma co ukrywać, myszka Microsoftu jest droga. Bardzo droga. Jeszcze droższa niż MX Master 2s. W chwili pisania tego tekstu przyjdzie nam za nią zapłacić 429 zł. Przekornie powiem jednak, że warto to zrobić. Oczywiście, bardziej warto poczekać na jakąś promocję (podejrzewam, że w ramach powrotu do szkoły będzie można liczyć na sporą zniżkę), ale nawet w cenie sugerowanej tuż po premierze Surface Precision Mouse to zakup wart każdej złotówki. Jeśli chodzi o myszy dedykowane pracy, nie gamingowi, to absolutna czołówka. Microsoft stworzył akcesorium kompletne. Myszkę wygodną, ergonomiczną, praktyczną, niesłychanie precyzyjną. Do tego mobilną, pomimo nie najmniejszych gabarytów. Niemal idealną. Myszka to narzędzie pracy. Obok klawiatury najczęściej wykorzystywane peryferium komputera osobistego. Jeśli komuś zależy na tym, by pracę wykonywać jak najbardziej wydajnie, nie ma co oszczędzać na narzędziach. I dlatego warto jest wydać pieniądze na Surface Precision Mouse, nawet jeśli kwota wydaje się nieco irracjonalna – nie jest taka. Płacimy za doskonale wykonane, przemyślane, zaprojektowane akcesorium, które (przynajmniej w teorii) posłuży nam przez długie lata. Microsoft Surface Precision Mouse czy Logitech MX Master 2s? To nie jest proste pytanie. Logitech MX Master 2s jest bez wątpienia myszką bardziej uniwersalną. Potrafi więcej. Jest też znacznie tańszy od myszki Microsoftu – można go nabyć w Polsce za ok. 350 zł, a bywa też często przeceniany na Amazon.de do poziomu poniżej 300 zł. Z taką ceną trudno jest polemizować. Nie mam jednak wątpliwości, że cena Surface Precision Mouse również szybko spadnie, a myszka zacznie się pojawiać w rozmaitych promocjach. A kiedy cena przestanie być czynnikiem decyzyjnym, na placu boju pozostaną dwie fantastyczne myszki, które są od siebie skrajnie wręcz różne. Wracam tu do wniosku przedstawionego we wstępie – choć Surface Precision Mouse i Logitech MX Master 2s to bez wątpienia produkty rywalizujące ze sobą, to są one przeznaczone dla zupełnie innego klienta. Logitecha MX Master 2s nadal poleciłbym montażyście wideo, producentowi muzycznemu, komuś szukającemu jednej myszki do pracy i zabawy. Surface Precision Mouse to zaś znacznie lepszy wybór w tych zastosowaniach, gdzie kontrola nad kursorem jest kluczowa. Dlatego od teraz właśnie myszka Microsoftu jest moim pierwszym poleceniem dla fotografów, retuszerów i projektantów. Dla pracowników biurowych, redaktorów i osób pracujących z tekstem. Dla tych, którzy pracują długie godziny z myszką w dłoni i chcą jak najrzadziej irytować się kliknięciem w niewłaściwe miejsce. I w jednym aspekcie muszę bezwzględnie oddać palmę pierwszeństwa nowej myszce Microsoftu. Podobnie jak inne produkty z linii Surface, to po prostu przepiękny sprzęt. Ta myszka cieszy oko. Jest elegancka. Logitech MX Master 2s wygląda przy niej jak statek kosmiczny skrzyżowany z dromaderem. W odosobnieniu może to nie razić, ale gdy położyć obie myszki obok siebie… nie sposób nie dostrzec różnicy. Żródło: https://www.spidersweb.pl/2018/03/microsoft-surface-precision-mouse-opinie.html
-
Choć ceny Samsungów Galaxy S9 i S9+ są dość wysokie, to smartfony te cieszą się znacznie większym zainteresowaniem niż ubiegłoroczne modele. Samsung chwali się rekordową przedsprzedażą w Polsce. Przedsprzedaż Samsungów Galaxy S9 i S9+ zakończyła się w ubiegłym tygodniu, a dziś polski oddział firmy chwali się wynikami. Okazuje się, że padł rekord, jeżeli chodzi o wszystkie flagowce Samsunga. Samsungi Galaxy S9 i S9+ w porównaniu z poprzednią generacją sprzedały się o połowę lepiej, a trzeba pamiętać, że S8 i S8+ w ubiegłym roku również ustanowiły rekord. O jakich liczbach mówimy? Tego niestety Samsung nie zdradza. Samsung Galaxy S9: skąd biorą się dobre wyniki? Biorąc pod uwagę dantejskie sceny rozgrywające się pod nowo otwartym salonem Xiaomi w Krakowie można dojść do wniosku, że w naszym kraju próba sprzedaży smartfonów kosztujących 4000 zł musi być skazana na porażkę. To jednak mylne wrażenie, bo jest grupa konsumentów gotowa wydać sporą kwotę, by mieć topowy sprzęt. W ubiegłym roku Samsung Galaxy S8 kosztował 3499 zł, a S8 Plus – 3949 zł. Bieżąca generacja jest o 50 zł droższa (analogicznie 3599 i 3999 zł), więc mamy praktycznie tę samą cenę, ale dostajemy więcej. Design co prawda nie uległ większym zmianom – poza przeniesieniem czytnika linii papilarnych – ale nowe smartfony mają znacznie lepsze głośniki (nareszcie w układzie stereo), zauważalnie lepsze aparaty i oczywiście nowsze podzespoły. Oprócz tego, wielu klientów skusiła promocja dostępna w przedsprzedaży, w której można było otrzymać do 2000 zł zwrotu za oddanie starszego smartfona, więc zakup od razu się częściowo amortyzował. Być może ogólne wyniki sprzedaży również będą lepsze, ponieważ Samsung przedłużył wspomnianą promocję „Witaj Nowy” do 31 marca. Żródło: https://www.spidersweb.pl/2018/03/samsung-galaxy-s9-przedsprzedaz.html
-
Skończyły się czasy, w których do słuchania muzyki najwyższej jakości potrzeba było wielkich głośników, lampowych wzmacniaczy i pozłacanych kabli po 1000 zł za metr. Dziś muzyka najwyższej jakości płynie ze smartfona. O ile wybierzemy właściwy smartfon muzyczny. Podpowiadamy, jak to zrobić. Przez lata jakość dźwięku dostępna na smartfonach nie zachwycała. Słowami „najbardziej muzyczny telefon” określaliśmy taki, który miał najlepszą aplikację odtwarzacza, a dobry telefon do muzyki i tak produkował co najwyżej przeciętne rezultaty. Nie pomagało nawet korzystanie z bezstratnie skompresowanych plików FLAC/ALAC. Smartfony co prawda od dawna potrafią je odtworzyć, ale zastosowana w nich elektronika nie pozwalała na uzyskanie jakości brzmienia, jakiej można się po nich spodziewać. Dziś się to zmienia. Telefon do słuchania muzyki staje się najlepszą opcją dla audiofila. Odkąd zaczęliśmy pozyskiwać muzykę poprzez serwisy streamingowe, wszyscy zyskaliśmy prosty, bezproblemowy dostęp do olbrzymiego katalogu utworów poprzez odtwarzacz muzyki na telefonie. Do tego w znacznie wyższej jakości niż ta, którą dotychczas oferowały pliki mp3, jakie najczęściej przechowywaliśmy na smartfonach. Telefony zyskały też lepsze układy audio, zarówno te do przesyłania dźwięku przewodem, jak i transmisji bezprzewodowej. Każdy z nas może dziś nosić w kieszeni smartfon muzyczny, zapewniający wspaniałą jakość dźwięku w każdych warunkach. Jak wybrać smartfon muzyczny? Zacznijmy od parametrów takiego telefonu. Choć muzykę przyzwoitej jakości możemy odtworzyć na dowolnym urządzeniu, ze względu na ograniczenia technologiczne to topowe smartfony mają najlepsze układy audio. Telefon wyposażony w Snapdragona 625 ze zintegrowanym DAC (Digital-to-analog converter) zagra gorzej od telefonu ze Snapdragonem 835 i dedykowanym układem przetwarzania dźwięku. Niezależnie od procesora warto aby telefon miał jak najwięcej pamięci wbudowanej i/lub slot na karty microSD. Dzięki temu pobierzemy na niego więcej muzyki do słuchania wtedy, gdy nie mamy zasięgu sieciowego lub po prostu chcemy oszczędzać transfer. Nadal kluczowym pozostaje gniazdo słuchawkowe. Osobiście jestem wielkim zwolennikiem pozbycia się przestarzałego złącza, ale mam też świadomość, że ci producenci, którzy już to zrobili, zrobili to przedwcześnie. Rynek, a tym bardziej użytkownicy, nie jest jeszcze gotowy na pożegnanie jacka 3,5 mm. Pomimo wszystkich dźwiękowych zalet, jakie niesie ze sobą USB-C, producenci słuchawek wciąż kurczowo trzymają się micro-jacka. A przez to, że wybór modeli jest mizerny, konsumenci nie decydują się na zmianę. Skoro więc i tak trzymamy się klasycznych, przewodowych słuchawek, lepiej poszukać telefonu, do którego możemy je podłączyć bezpośrednio, bez korzystania z dodatkowych przejściówek, które nierzadko powodują utratę jakości dźwięku. Na tle konkurencji pozytywnie wyróżniają się smartfony dwóch firm – Sony i LG. Ten pierwszy nawet w tańszych modelach stosuje przyzwoite przetworniki cyfrowo-analogowe. Te drugi zaś wynosi smartfonowe audio na nowy poziom. Skąd brać muzykę najwyższej jakości na nasz muzyczny smartfon? W 2018 roku odpowiedź może być tylko jedna – ze streamingu. Szanuję tych, którzy nadal biegają do sklepów po płyty CD lub kupują pojedyncze pliki, ale nie jest to rozwiązanie, które sam preferuję, ani które poleciłbym innym. Dziś muzykę bierze się z serwisów streamingowych. Aplikacja, w której mamy dostęp do nieprzebranego katalogu artystów i albumów to też najlepszy odtwarzacz muzyki na telefon. Wszystko w jednym. Tym, którzy szukają najlepszych wrażeń dźwiękowych, polecam subskrypcję dwóch serwisów – Spotify oraz Tidala. No dobrze, to… jaki telefon do muzyki wybrać? Na rynku nie brakuje modeli spełniających większość przedstawionych wyżej kryteriów. W każdym przedziale cenowym znajdziemy co najmniej jeden-dwa modele nadające się do słuchania muzyki w wyższej niż przeciętna jakości. Gdybym jednak miał wskazać konkretne modele, w tej chwili padło by na dwa urządzenia. Dla tych o ograniczonym budżecie najciekawszą dostępną obecnie muzyczną propozycją jest Sony Xperia XA2. DNA Walkmana jest silne w tym telefonie i pomimo tego, że mowa o urządzeniu kosztującym 1500 zł, Sony udało się zmieścić w nim nie tylko mnóstwo optymalizacji software’owych dedykowanych melomanom, co również solidnie grające gniazdo słuchawkowe. Żródło: https://www.spidersweb.pl/2018/03/smartfon-muzyczny-jak-wybrac.html
-
Jeżeli zamierzacie rozpocząć swoją przygodę z Playerunknown’s Battlegrounds, przygotowałem dla was kilka podstawowych rad na sam początek. Warto je znać, uruchamiając PUBG po raz pierwszy. 1. Wystrzegaj się walki Widzisz jak wrogi gracz wielkości paznokcia przebiega daleko od ciebie. Odpuść. Odłóż ten karabin maszynowy, bo ostrzał z takiego dystansu i tak nie ma sensu. Bez broni snajperskiej wcale nie musisz go trafić. Zwrócisz za to na siebie uwagę. Postawisz 99 innych graczy na nogi i najprawdopodobniej zdradzisz swoje położenie. Czyli w zasadzie jesteś już trupem. Gra niewarta świeczki. 2. Słuch ważniejszy niż wzrok Playerunknown’s Battlegrounds to gra, w której wszystko jest bardzo głośne. Nawet łuska wypadająca w komory strzelby zostanie usłyszana kilka pięter niżej. Co dopiero twoje bieganie czy strzelanie. Nie będzie cienia przesady gdy napiszę, że częściej zdarza mi się słyszeć przeciwnika niż go widzieć. Chociaż mam ograniczone pole widzenia, na słuchawkach rozbrzmiewają kroki po schodach, a ja wiem, że zbliża się zagrożenie. 3. Odpuść sobie pistolety. Całkowicie. Początkowo sądziłem, że pistolet ulepszony w kilka dobrych modyfikacji to cenny dodatek do arsenału. Nic z tych rzeczy. Broń boczna jest w Playerunknown’s Battlegrounds niemal nieefektywna. Jasne, zdarzyło mi się kogoś zabić pistoletem, lecz na tle innych giwer ta kategoria broni nie ma żadnego długofalowego sensu ani zastosowania. 4. Nie bój się pojazdów To kierowcy mają bać się ciebie! Samochody w Playerunknown’s Battlegrounds mają trzy niezaprzeczalne zalety. Po pierwsze, pozwalają pokonywać spore obszary mapy w krótkim czasie. Po drugie, zapewniają częściową osłonę przed ogniem. Po trzecie, można nimi przejeżdżać rywali. Wystarczy jednak odrobina opanowania i kontroli, a żaden pojazd nie będzie nam straszny. 5. Woda to twój przyjaciel Nie chodzi oczywiście o higienę oraz uzupełnianie płynów. Woda w PUBG jest mętna, gęsta i nie pozwala dostrzec, co znajduje się na dnie. Stanowi więc idealny kamuflaż dla postaci gracza. Zwłaszcza, gdy dodamy do tego możliwość nurkowania. Mało który wróg przygląda się tafli wody. Błędnie. 6. Alt klawiszem każdego kampera Wspiąłeś się na wysoki szczyt. Położyłeś na brzuchu. Chwyciłeś karabin snajperski w dłonie. Poniżej ciebie rozpościera się większość mapy. Jesteś panem świata. No, gdyby nie drobny szkopuł… rozglądając się po szerokokątnej panoramie w poszukiwaniu wrogów, twój awatar wykonuje ruchy. Nawet leżąc na brzuchu. Nie ma z kolei nic bardziej zwracającego uwagę rywali niż ruch na statycznym, otwartym terenie. 7. 150 metrów Jakież było moje zdziwienie, gdy na Kill-Kamie wrogiego snajpera wcale nie chowałem się w gęstych zaroślach. Wręcz przeciwnie. Z jego perspektywy czołgałem się po równo przystrzyżonym trawniku. Co oczywiste, nie dawało mi to przesadnie dużego ukrycia, toteż dostałem zasłużoną kulkę między oczy. Zacząłem szperać w Internecie. Okazało się, że jeżeli chodzi o wszelkiej maści gęstwiny, PUBG wyświetla jedynie 150 metrów najbliższej roślinności. Oznacza to, że oddalony o 151 metrów snajper nie widzi krzaków, pośród których leżysz. Zamiast tego ma cię jak na widelcu. Dlatego należy pamiętać, aby do ostatniej fazy rozgrywki (10 pozostałych przy życiu graczy) nie polegać na tego typu kamuflażu. 8. Cztery stopnie celowania W Playerunknown’s Battlegrounds mechanika strzelania jest bardziej skomplikowana niż początkowo może się wydawać. Z każdej broni palnej da się strzelać w aż czterech trybach. Kolejno, od najmniej do najbardziej precyzyjnego, są to: ostrzał z biodra (standard), precyzyjny ostrzał z biodra (przytrzymany PPM), ostrzał przy pomocy narzędzi optycznych (raz naciśnięty PPM), ostrzał przy pomocy narzędzi optycznych na bezdechu (raz naciśnięty PPM, potem klawisz Shift). Żródło: https://www.spidersweb.pl/2017/12/pubg-porady-sztuczki.html
